wtorek, 22 marca 2016

Przestrzeń objawienia; Alastair Reynolds

Space opera początkowo wzbudzała we mnie niechęć, póki nie uświadomiłem sobie, że przecież i Fundacja i Diuna to w dużej mierze space opery właśnie. Zresztą, któż nie lubi dobrego tasiemca? 
Na Reynoldsa trafiłem przypadkiem, całkiem niedawno, szukając na Goodreads czegoś do czytania. I znalazłem gościa o nazwisku Alastair Reynolds, byłego astronoma który postanowił zostać pisarzem. Nie napalałem się na nic wyjątkowego. Dostałem za to coś dużo więcej, niż wyjątkową serię książek. W miarę zgłębiania się w pierwszy tom, który miał być tylko niezobowiązującym oddechem pomiędzy kolejnymi tomami Diuny, historia i uniwersum wykreowane przez Reynoldsa pochłonęło mnie jak czarna dziura światło. Ochom i achom nie było końca, pomimo, iż tak obiektywnie patrząc, nie jest to książka ani wybitna ani nowatorska. Jest za to perfekcyjnie skonstruowana, przystępnie napisana i diabelnie wciągająca, z bohaterami, do których chce się wracać. 
Ogólne wprowadzenie jest takie: mamy XXVI wiek. Ludzkość oderwała się od Ziemi i zaludniała planety w odległości kilkudziesięciu lat świetlnych wokół Słońca. Ludzkość, która podzieliła się na kilka odłamów, różniących się głównie stopniem modyfikacji własnych ciał, nigdzie nie natrafiła na choćby ślad inteligentnego życia, za wyjątkiem ruin dziewięciu cywilizacji, które zginęły w tajemniczych okolicznościach. 
Akcja dzieje się na kilku planach, także czasowych i ma kilku bohaterów: Dan Sylveste, archeolog, który bada jedną z wymarłych cywilizacji i stara się rozwikłać tajemnicę jej wymarcia. 
Załoga statku "Nostalgia za nieskończonością", zmodyfikowana pod kątem wieloletnich podróży międzygwiezdnych. Statek dowodzony jest przez kapitana zarażonego tak zwaną Parchową Zarazą, która powoduje, iż jego organizm łączy się z samym statkiem, powodując groteskowe, barokowe w formie zmiany w jego konstrukcji. 
Wreszcie, w mieście o wdzięcznej nazwie Chasm City, najemnik Ana Khouri zostaje wynajęta przez tajemniczą Mademoiselle aby przeniknąć na "Nostalgię za nieskończonością". Jej celem jest zamordowanie Sylvesta... 
Co ciekawe, każda z postaci książki zaczyna nie tylko w innym miejscu, ale też w innym czasie, aby doprowadzić do finałowej konfrontacji wszystkich ze wszystkimi i jeszcze jednym, tajemniczym pasażerem "Nostalgii za nieskończonością", który przedstawia się jako Złodziej Słońca...
Niebywale precyzyjnie skonstruowana, także pod względem naukowym. Nie bawi się w zbędną psychologię czy filozoficzne dywagacje o moralności ludzi z dalekiej przyszłości. Po prostu konstruuje fascynujący wszechświat i wrzuca w niego czytelnika bez zbędnych wyjaśnień. Te przychodzą w miarę czytania; zbieranie i układanie kolejnych fragmentów uniwersum daje zresztą niemałą frajdę, tym bardziej, że początkowo można się nieco pogubić w trzech liniach czasowych, w których działają bohaterowie. 
Jest w tej książce coś, co sprawiło, że czułem żal z jej zakończenia, jak po końcu wciągającego serialu. Bo choć książka nie zmusza do jakichś wyjątkowych przemyśleń, jest jedną z najbardziej uzależniających serii, jakie przyszło mi czytać w życiu. Dla fanów Battlestar Galactica i Mass Effect pozycja obowiązkowa. Zobaczycie, ileż pomysłów się tam przeplata. Wspaniałe, doskonale napisane science fiction. 


środa, 2 marca 2016

Krąg; Dave Eggers

Dave'a Eggers'a śledzę od początku, od Wstrząsającego dzieła kulejącego geniusza, która to książka jest dla mnie niesamowicie ważna i wpływowa. Późniejsze jego książki odbierałem różnie. Nie robiły tak wielkiego wrażenia, a może ja ciągle pozostawałem pod wpływem genialnego debiutu i porównywałem do niego wszystko. Aż do teraz.
Krąg może nie jest powieścią wybitną, jest natomiast powieścią na wskroś współczesną i przez to przerażającą wyrocznią. Oto młoda dziewczyna, Mae Holland, dostaje pracę w największej firmie USA i całego świata (bo USA jest przecież całym światem, czyż nie?) o nazwie Circle. Circle robi wszystko: tworzy portale społecznościowe, wdraża nowoczesne technologie, broni lasów deszczowych i chce zmieniać ludzkość poprzez stworzenie jednolitego, przejrzystego społeczeństwa, gdzie każdy może dzielić się wszystkim w sieci. Brzmi znajomo?
Mae Holland jest ambitna i stara się jak najszybciej piąć w górę korporacyjnej drabiny. Robi to poprzez dzielenie się postami, lajkowanie, zostawianie komentarzy i odpowiadanie na setki pytań klientów.
Założycieli firmy nazywa się Mędrcami a grupę najbardziej zaufanych doradców Bandą Czterdzieściorga.  Firma mieści się w pięknym, nowoczesnym kampusie gdzie każdy jest monitorowany, każdego można znaleźć w kilka sekund, gdzie wszystkie informacje są jawne. Mae, oczywiście, to wszystko bardzo się podoba i z wielkim zaangażowaniem poświęca się pracy, wspominając często swoją starą, niedobrą pracę w której miała jeden komputer z jednym monitorem.
Ogólnie książka specjalnie nie zaskakuje, jeśli chodzi o styl. Wpisuje się doskonale w nurt utopijny z pamiętnym 1984 na czele, do którego to dzieła chyba mu najbliżej. Zamiast Wielkiego brata mamy wszędobylskie kamerki i aparaty komórkowe. Są i chwytliwe hasła: "Prywatność to kradzież", "Dzielenie się to troszczenie" się itp. itd. Ciarki przechodzą po plecach, ale skądś to znamy, prawda?
Korporacja przedstawiona w książce bardzo silnie kojarzy się z Apple i Google. Ale czyż nie są to dwie najbardziej rozpoznawalne na świecie korporacje które aspirują do władzy nad naszymi duszami? Fikcyjna korporacja w książce Eggersa chce stworzyć jeden profil do wszystkiego: lekarz, ubezpieczenie, prawo jazdy, dowód, nawet głosowania miałyby się odbywać przez profil Circle. Wymogiem jest całkowita przejrzystość. Politycy zgłaszają się do programu przejrzystości i noszą na szyjach kamerki rejestrujące wszystko, co robią i z kim się spotykają. Wszelkie zdjęcia, filmy, nawet najbardziej intymne są powszechnie dostępne dla każdego. Nie ma prywatności. Nie ma anonimowości. Jest tylko Circle.
Oczywiście, nie wszyscy się na taki stan rzeczy godzą, jednak sprzeciw jest przez autora potraktowany dość pobocznie i jakby nie ma większego znaczenia. Jakby autor dawał do zrozumienia, że wszelki sprzeciw i tak jest zbędny i nie ma szans wobec siły miliona ludzi korzystających z Circle i chcących pełnej przejrzystości. Główna bohaterka spotyka na swej drodze tajemniczego anarchistę, który ostrzega ją przed  konsekwencjami dominacji jednej korporacji na świecie, ale jest w tym pewien haczyk: tajemniczy anarchista zdaje się nie istnieć... 
Konstrukcja książki jest prosta jak prezentacja w power point, ale nie w tym tkwi jej siła. Siłą jest sugestywny i prosty opis przerażającej rzeczywistości, która nadejdzie (a może już jest), w której niemożliwe będzie istnienie w realu bez konta w wirtualnej rzeczywistości, w której wszystkie informacje i czyny ludzi będą jawne, gdzie anonimowość będzie niemal zbrodnią. 
Ale jest jeszcze coś. Fenomenalne opisy zachowań ludzi w sieci, instynktów stadnych oraz powierzchownego traktowania chyba wszystkich przejawów życia. Świetna jest scena, w której główna bohaterka boi się wysłania "skrzywionej buźki" w ramach dezaprobaty dla działań rządu w Kambodży sądząc naiwnie, że ma to jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Takich smaczków w książce jest mnóstwo. 
Prosta, niezwykle sugestywna rzecz. Czy prawdziwa? To niech już każdy z was oceni, smutną lub uśmiechniętą buźką. 


niedziela, 10 stycznia 2016

Koniec dzieciństwa; Artur C. Clarke

Uwaga! Tekst zawiera śladowe ilości spoilerów! 

Łe! Nie ma laserów! Co to za science fiction, jak nie ma laserów? W Gwiezdnych wojnach są lasery! No tak, wszakże sam dziadzio Wells lasery do gatunku wprowadził i one się tam zadomowiły jak bezdomne koty w piwnicy bloku. 
Artur C. Clarke nie pisał si fi z laserami, choć zdarzało mu się nie raz niszczyć świat albo światy. Pisanie Clarka jest na wskroś klasyczne, co oznacza, że skupia się na człowieku postawionego wobec wyzwań nowoczesności, technologii, kosmosu a przede wszystkim, postawionego wobec samego siebie. Jego proza jest prosta, ale pełna mistycyzmu, filozofii i religii. Jest niezwykle humanitarna i "łagodna". To klasyk pełną gębą, dzięki któremu rozpoczęła się moja przygoda z gatunkiem, głównie przez Spotkanie z Ramą i właśnie Koniec dzieciństwa: dwie wspaniałe książki, które może i nieco się zestarzały i rozminęły z postępem technologicznym, ale dalej są tak po ludzku piękne. 
Powinienem jeszcze raz podkreślić filozoficzność i mistycyzm tej prozy. I jeszcze raz powiedzieć, że nie ma tu laserów, pościgów a kosmici są tak dobrzy, że aż źli. Dlaczego? Bowiem słysząc o adaptacji Końca dzieciństwa, zacząłem się zastanawiać, jak taki temat się dziś obroni, w świecie nastawionym na akcję, gdzie szczytem filozoficznego sci fi jest bełkotliwe Walking Dead
Książka opisuje przybycie kosmitów na Ziemię. Nad kilkoma miastami zawisają olbrzymie statki, a poprzez wszystkie odbiorniki radiowe na Ziemi zostaje nadany komunikat, że odtąd Ziemia na Nadzorców. Nadzorcy zaczynają władzę nad Ziemią od zlikwidowania wojen, nierówności, przemocy wobec zwierząt i chorób. Traktują ludzi z pobłażliwością i sympatią, jednak odmawiają ukazania się, twierdząc, że ludzkość nie jest na to gotowa. Oczywiście, nie wszyscy przystają na taki plan, więc powstaje grupa, która chce zmusić Nadzorców do opuszczenia Ziemi, ale ci błyskawicznie dają sobie z nimi radę. Na planecie zapanował pokój, dobrobyt i równość, ale coś za coś. Jednocześnie zaniknęła potrzeba badań naukowych i tworzenia sztuki. Powstają Nowe Ateny, miasto, gdzie ludzie "żyją po staremu", tworząc i rozwijając się w miarę możliwości.
Co ciekawe, Nadzorcy nie zabronili tworzenia sztuki. Wobec powszechnego dobrobytu i braku trudności ta potrzeba zaniknęła samoistnie. Jedyne, czego Nadzorcy zabronili to badań kosmosu. Gwiazdy nie są dla ludzkości, mówi jeden z Nadzorców. Gdy po pół wieku takiego życia, kosmici decydują się ukazać ludzkości swoją prawdziwą postać, z trapu statku kosmicznego wychodzi.... 
No właśnie, tu leżał ten problem, którego się obawiałem. Clarke był przeciwnikiem zorganizowanych religii, czemu dał w Końcu dzieciństwa wyraz dość mocno. Jednocześnie jego proza, jak już wspomniałem, jest na wskroś przesiąknięta mistycyzmem, religijnością niemal nieuchwytną. Tą religią może być nauka, ale może nią być sam człowiek, który jest dla Clarka siłą tajemniczą i niepowstrzymaną oraz niepewną swojego statusu moralnego. Zło i dobro są często po tej samej stronie. Zastanawiałem się, oglądając serial i czekając momentu, gdy obcy pokażą się. To, co broni się na papierze, w filmie bronić się niekoniecznie musi. Obcy bowiem wyglądają jak... demony. Są to wielkie istoty, koloru ciemnej czerni z wielkimi, skórzastymi skrzydłami i ogonami, które noszą owinięte wokół szyi. Oczywiście, twórcy serialu dokonali kilku zmian i ich kosmita jest jeszcze bardziej demoniczny niż sam demon, żywcem wycięty ze starych bestiariuszy i biblijnych sztychów. Ludzkość przeżywa oczywisty szok, ale ponieważ w sumie i ostateczności przecież zażegnali wojny, głód i nierówności, mogą wyglądać jak tam sobie chcą. Ludzkość akceptuje ich wygląd, a kosmici kumplują się z Ziemianami, odwiedzają ich, rozmawiają lecz ciągle nie do końca są jasne powody ich przybycia. Te, oczywiście, poznamy na samym końcu. 
W serialu poniekąd poznajemy je w pierwszej scenie, gdzie jeden z bohaterów siedzi na zniszczonej kanapie pośród szczątków zniszczonego świata i mówi, żebyśmy o ludzkości pamiętali. Wniosek nasuwa się sam: ludzkości już nie ma. Serial ogólnie dokonuje wielu uproszczeń oraz wprowadza niezbędny (sarkazm i ironia) wątek wielkiej miłości oraz wielkiej religii. Oba wątki są dość łopatologiczne i moim zdaniem stanowią najsłabszy punkt serialu. Tym bardziej, że w książce wątku miłosnego nie ma w ogóle, natomiast wątek religijny jest mądry. Pada kilka ostrych słów pod adresem religii, którą, mówiąc oględnie, ludzkość potrzebuje jak ryba ręcznika. 
W ogóle serial stoi nieco w rozkroku. Proza Clarka nie nadaje się na robienie akcyjniaków, nie jest mroczna. Jej niepokój jest niepokojem człowieka stającego oko w oko z nieznaną, ale wciąż na swój sposób logiczną siłą. Bóg jest bytem niepojętym, tak bardzo zaawansowanym w swej ewolucji, że od boga mitycznego niemal nie odróżnialny. Dlatego obcy wyglądają jak demony; science fiction jest przebraniem, pod którym kryje się odwieczny dylemat ludzkości: jak pogodzić duszę z techniką. Obcy o wyglądzie diabłów przynoszą pokój? Owszem, ale pokój okupiony zaprzestaniem badań, zaprzestaniem sztuki, a czy nie ta właśnie ciekawość czyni nas prawdziwymi ludźmi? Ryzykowna teza: wojna i walka są tak bardzo skorelowane z ludzkim jestestwem, że bez nich tracimy tę ludzką cząstkę. Może właśnie to nieustanne drżenie świata i niepewność jutra każe nam z nadzieją spoglądać w gwiazdy, piąć się nieustannie w górę, doskonalić technologicznie? Pomimo prymitywnych odruchów, takich jak wojna i religia, czy może dzięki nim? Czy człowiek szczęśliwy, najedzony, niewalczący z niczym i nikim, leżący jak kot na piecu dalej jest człowiekiem w sensie duchowym czy tylko organizmem biologicznym sklasyfikowanym jako homo sapiens? Cieszy to, że serial porusza problem utopi, dobra tak wielkiego, że staje się złem, ale tych tematów jest przecież mrowie w kinie. Utopie i antyutopie wyskakują zza każdego rogu. Natomiast dobrego, metafizycznego sci fi, gdzie człowiek staje oko w oko wobec własnych ułomności, lęków i biologicznych ograniczeń już nieco mniej. Nawet ostatnie adaptacje Dicka, którego książki kipią od tych wątpliwości, sprowadzały się w sumie do tępych pościgów i bełkotliwych dialogów o przeznaczeniu, które jednak można zmienić. Koniec dzieciństwa stara się trącić inną strunę, tę bardziej subtelną i metafizyczną. Całkiem udanie, choć kilka rzeczy psuje efekt: nazbyt wyeksponowany motyw wybrańca, sprowadzenie motywu wiary do czarno - białego "wierz, bo Bóg to dobro" oraz nieznośnie patetyczna końcówka. Wróciwszy do książki tuż po obejrzeniu serialu zdałem sobie sprawę, jak karkołomne zadanie mieli twórcy. Tym bardziej brawa, że powstało sci fi smakowite, klasyczne i drażniące te rejony, których od czasu Kontaktu nikt w filmie nie trącał tak udanie i smakowicie, z naprawdę zaskakującym zakończeniem. 
A książka? Nieśmiertelny klasyk, który godnie i szlachetnie się zestarzał, a pod wieloma względami nadal pozostaje aktualny. 


piątek, 8 stycznia 2016

Diuna - Mesjasz Diuny; Frank Herbert

Pisząc o książkach nie lubię opisywać akcji, chyba, że w jakiś sposób jest to niezbędne. Znacznie przyjemniej pisze mi się o wrażeniach, jakie książka na mnie wywarła. I tak ostatnio sobie myślałem, czy takie pisanie ma w ogóle sens? Internet dotarł do punktu, w którym każdy ma swoją opinię na każdy temat i czy komukolwiek potrzebna jest jeszcze jedna? A potem pomyślałem: dlaczego by nie? Skoro Internet to takie wielkie miejsce, będzie tam i zakątek dla mnie! 
Gdy zetknąłem się z Diuną po raz pierwszy, nie zrozumiałem jej. Byłem młodym szczylem, zafascynowanym Clarkiem i Vonnegutem. Polityczna strona mnie zupełnie nie interesowała, poza tym za bardzo postrzegałem samą książkę przez pryzmat filmu, który kiedyś (wyznaję ze wstydem) niemal wielbiłem. Ale wielbiłem nie znając za specjalnie książki (biblioteka w moim rodzinnym mieście miała tylko pierwszy tom sagi), bo jak można sobie wyrobić zdanie o czymś tak złożonym i niejednoznacznym po jednej ledwie lekturze, nie mówiąc już o filmie, który nie jest ani złożony ani niejednoznaczny. Zresztą, przeczytanie pierwszego tomu, czyli Diuny nie daje zbyt wielkiego obrazu całości dziejów Paula Atrydy. Tym bardziej, że naprawdę ciekawe rzeczy zaczynają się dziać później, a Atryda niekoniecznie jest ich bohaterem.  
Teraz, jako człowiek nieco starszy i literacko bardziej doświadczony, przeczytanie Diuny sprawiło mi niemałą satysfakcję. Głównie za sprawą chyba najbardziej solidnie przygotowanego uniwersum, z jakim przyszło mi się spotkać. Samo uniwersum na pierwszy rzut oka nie wydaje się aż tak wielkie, jak, dajmy na to, w Gwiezdnych Wojnach. Jednak to pozór. Jego pozorna "niewielkość" jest znakomicie uzupełniona mnogością zależności, powiązań i politycznych intryg. Z jednej strony historia jest niemal baśniowa, bardzo mistyczna, z drugiej niezwykle brutalna, ale jej brutalność nie jest wysunięta na pierwszy plan. Jednak to, co najbardziej mnie zaskoczyło, to brak jakiegokolwiek podziału na dobrych i złych. To jest polityka i religia, tu wszyscy są dobrzy, gdy są po naszej stronie, a ci źli to po prostu inni. Paul Atryda nie jest postacią dobrą. Rozpętał dżihad, który pochłonął 60 miliardów ludzi na kilkunastu planetach. Jest rządzącym żelazną ręką tyranem, który ożenił się dla sukcesji. Własna matka nie utrzymuje z nim kontaktów, choć dzięki jej knowaniom i nieposłuszeństwu został w ogóle urodzony, gdyż nie wolno jej było rodzić synów, tylko córki. W końcu przeciw niemu samemu na Arrakis powstaje ruch oporu. Samo jego dojście do władzy, polityczna intryga, ale też wykorzystanie podstępów i broni atomowej aby zniszczyć wrogich Harkonnenów (którzy, w ostateczności, reprezentują po prostu inny rodzaj władzy) daje niezbyt oczywisty obraz owego wybrańca. 
Diuna i Mesjasz Diuny polityka, przygoda i fascynujący opis rdzennej ludności Arrakis czyli fremenów oraz ogólny wstęp do uniwersum Diuny. Obserwujemy jak Paul z dziecka staje się wybrańcem, imperatorem znanego Wszechświata i w końcu - tyranem. 
A wszystko napisane w precyzyjny sposób. Uwielbiam dialogi w tej książce. Moim skromnym zdaniem jedne z najlepszych, jakie czytałem. Sama proza czasem wpada w poetycki, nieco mistyczny ton ale to tylko dodaje smaku i kolorytu. Nie ma pod tym względem słabych stron. W ogóle pierwsze dwa tomy nie mają słabych stron. Nawiązania do kultury arabskiej, opisy religijnych zwyczajów czy historia uniwersum - wszystko jest doskonałe i fascynujące. 
Nie należę do osób, które koniecznie chcą filmować każdą książkę, jaka wpadnie im w ręce. Diuna jednak zasługuje na porządne podejście do tematu, tym bardziej, że aby zatrzeć pamięć o tym kuriozum Lyncha. Ten film z rasowej, politycznej, genialnie skonstruowanej powieści robi płaczliwą opowieść o osieroconym następcy tronu na obcej planecie. Dziwi mnie, że jeszcze żaden reżyser nie zakręcił się wokół tematu i nie wysmarował porządnego filmu. Murowany hit jak dla mnie. Gwiezdne Wojny się chowają. 



środa, 11 listopada 2015

Hyperion; Dan Simmons

Gdybym miał wybrać dziesięć najlepszych książek z kategorii sci – fi, jakie czytałem w życiu, Hyperion byłby w tej dziesiątce. I choć z pierwszego czytania nie wyłapałem wszystkich wątków filozoficzno – mistycznych, kolejne lektury odsłaniały coraz więcej. Ostatnia, sprzed dwóch tygodni, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to dzieło ponadczasowe, wciąż świeże i wspaniałe, w którym odnaleźć można niemal wszystko, co składa się na perfekcyjną powieść. Z niecierpliwością też czekam na zapowiedzianą ekranizację, która jednak co i rusz łapie obsuwy i obecnie jest chyba planowana gdzieś w okolicach 2017 roku.
Co najciekawsze, Hyperion nie ma jednolitej narracji ani akcji jako takiej. Obserwujemy siedmiu pielgrzymów podróżujących na planetę Hyperion. Pielgrzymują do Grobowców Czasu, tajemniczej struktury, która, ogólnie rzecz biorąc, "przybyła" z przyszłości. Wokół nich narosła legenda o niejakim Chyżwarze, kolczastym i czterorękim potworze który lubi nadziewać swoje ofiary na stalowe kolce jak dzierzba. Powstał nawet kościół czczący tegoż Chyżwara. Zresztą, w oryginale Chyżwar dzierzbą faktycznie jest czyli nazywa się Shrike, co dosłownie dzierzbę oznacza. Dzierzba to ptak o ciekawych zwyczajach: lubi nadziewać swoje jeszcze żywe ofiary na kolce krzewów lub na druty kolczaste wokół pastwisk. Pasuje? Pasuje.
Każdy z pielgrzymów opowiada swoją historię. Opowiadają o tym, co łączy ich z tajemniczym Chyżwarem, z Hyperionem oraz z Grobowcami Czasu. Pielgrzymów jest siedmiu: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Detektyw, Konsul i Kapitan, który nie zdąży opowiedzieć swojej historii. Każda z historii początkowo wydaje się niezwiązana ze sobą, ale to pozór. Simmons tka misterną sieć, naszpikowaną symbolami i zależnościami, niekoniecznie widocznymi na pierwszy rzut oka. Książka kipi od religijnych i filozoficznych rozważań, podanych ze smakiem, bez częstego w tym gatunku lania wody i moralizującego bełkotu. Simmons to nieludzko wręcz sprawny pisarz; to, co wyprawia w Hyperionie przyprawia o zawrót głowy. To, w jaki sposób wykorzystuje pewne, wydawałoby się, nielogiczne motywy (Drzewostatek, latające dywany czy odbudowana przez Sztuczną Inteligencję osobowość Johna Keatsa umieszczoną w ciele androida) i nadaje im sens czyni z niego mistrza układania w logiczną całość nijak nieprzystających elementów przy jednoczesnym zachowaniu literackiego mistrzostwa.
Co ciekawe, Hyperion nie zamyka niemal żadnego z wątków, jakie pojawiają się w opowieściach pielgrzymów. To książka, która jedynie zadaje pytania, całe mnóstwo pytań. Pielgrzymi docierają w końcu do Grobowców Czasu, ale tu książka się kończy. Na efekt ich pielgrzymki musimy poczekać do drugiego tomu.
Simmons jest nie tylko sprawnym rzemieślnikiem; Hyperion ma „to coś”, poetycką głębię, filozoficzny zamysł i nieposkromioną ciekawość . Z tą książką się żyje, a ona nieubłaganie żyje w tobie, dojrzewa i zmienia się. I wciąż jest. Raz przeczytana, nie odpuszcza, nie wychodzi z głowy.
I choć kolejne tomy nieco „spuszczają z tonu” jeśli chodzi o ową głębię, to nadal trzymają niesamowicie wysoki poziom z przebłyskami geniuszu i prawdziwej poezji. Ale o tym niebawem.


czwartek, 15 października 2015

Trawa; Sherri S. Tepper

Muszę uczciwie przyznać, że miałem z tą książką pewien problem. Niby jest tu wszystko, co potrzeba, aby stworzyć dobrą opowieść – tajemnica, ciekawy świat i wielu bohaterów. Ale coś tu zgrzyta.
Nie jest do końca tak, że to zła książka. Jest raczej dobrym przykładem tego, jak całkiem dobry pomysł pogrzebać po metrem niepotrzebnych szczegółów i całkowicie statycznej i niemrawej akcji. Dziesiątki opisów strojów, powitań oraz zwrotów grzecznościowych, kolorów krajobrazu i budynków sprawiały, że po skończeniu lektury pamiętałem jak bohaterowie wyglądali, ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć co właściwie robili i o co im chodziło.
A chodziło mniej więcej o to, że mamy mniej więcej wiek XXIII, ludzkość mieszka na mniej więcej pięćdziesięciu planetach o wdzięcznych nazwach Terra czy Pokuta, wszechświatem rządzi Świętość a tak ogólnie to ludzkość jest zagrożona, bo na wszystkich planetach szaleje zaraza. Na wszystkich? Nie, na jednej z nich, zwanej Trawą, nie ma śladu zarazy. Tam zostaje wysłane poselstwo z Terry aby zbadać, czy to przypadek, czy może Trawa zawiera lekarstwo na zarazę.
Na samej Trawie nic nie jest takie, jak się wydaje. Planetę zamieszkuje kilka gatunków zwierząt, wielkie, inteligentne Hippae, nieco mniejsze, złowieszcze Ogary i Lisy, całkiem pozbawione sumienia i dobroci zwierzęta, na które pozostałe polują.
Samo polowanie, w którym biorą udział ludzie zamieszkujący Trawę, stanowi przedziwny i tajemniczy rytuał, do którego nie dopuszcza się obcych, a który jest traktowany jak swoista inicjacja w dorosłość. Oczywiście, same zwierzęta jak i rytuał polowania jest na tyle tajemniczy, że pozwala stworzyć na samym początku niebywałą tajemnicę, która mogłaby trzymać w napięciu do końca książki. Mogłaby by, gdyby nie wspomniane opisy. A także liczne perełki językowe typu „jej suknia nadęła się jak smutny balon”. Czy to, co mnie osobiście drażniło najbardziej: archaizmy. Wydawać by się mogło, że świętym prawem każdego sci fi jest tworzenie nowych słów na nazwanie nowych wynalazków. Ale jeśli bohater powieści używa urządzenia, które z opisu i wyglądu działa jak telefon, to po cóż nazywać go „szeptofon”? Jaki w tym sens? Mam niejasne wrażenie, że autorka chciała nadać futuryzmowi nieco sielskiej atmosfery. Ten zabieg zupełnie do mnie nie trafia.
Z technologią w tej książce jest ogólnie na bakier. Istnieją podróże międzygwiezdne, ale na samej Trawie panuje atmosfera z mniej więcej początków XX wieku. Podróżuje się balonami albo sterowcami czy czymś w tym kształcie. Ruch kołowy jest zabroniony. Ma to wszystko swoje uzasadnienie, że zamieszkujące planetę Hippae są niechętne takim ingerencjom i nie wolno niszczyć trawy, która porasta całą planetę. Ten argument kupuję, ale nadal pozostaje wrażenie, że ludzie są technologicznie niedorozwinięci w tej książce. Bardziej to wszystko podchodzi pod jakieś fantasy, niż pod sci fi. I tak bym tę książkę traktował.
Co do samej akcji, to wlecze się niemiłosiernie. Autorka podsuwa ciekawe wątki, sprawnie nakreśla początkową tajemnicę planety o nazwie Trawa, po czym zasypuje to gdzieś pod warstwą szczegółów, które niczego nie wnoszą ani nic nie dają. Mam wrażenie, że sama tajemnica zarazy i Trawy mogłaby być rozwiązana znacznie wcześniej, gdyby autorka nie kazała bohaterce prowadzić skomplikowanych gier salonowych i dumać nad tym, jak kazać się do siebie zwracać. Być może byłoby to uzasadnione, gdyby miało sens. Ale nie, z perspektywy zakończenia książki nie ma. Jedynie irytuje.
Oczywiście, autorka pokusiła się też o opisanie stanu Ziemi w przyszłości, pod wodzą Świętości. Oczywiście, jest przeludnienie, jest regulacja urodzin. Mamy też tajemniczą Pleśń, której zadaniem jest zniszczenie ludzkości poprzez rozsiewanie zarazy. Ich wątki są często urywane, poprowadzone po łebkach. Podobnie jak sam motyw ruin starożytnego miasta, które ludzie odkryli na Trawie. Motyw pojawia się, poświęca mu się chwilę uwagi, po  czym znika. Trawa jest częścią cyklu; nie wiem, czy pozostałe części zostaną wydane. Jeśli nie, to znacznie utrudni spojrzenie na całość tego całkiem frapującego, jakby nie patrzeć, uniwersum.  
To może na koniec jakieś plusy? Tak, jest ich dużo, a największym jest naprawdę sprawny warsztat i ciekawe uniwersum. Fajny jest pomysł ze zwierzętami zamieszkującymi tajemniczą planetę. Ciekawy jest opis rytuałów mieszkańców Trawy. Ale, jak dla mnie, potrzeba czegoś więcej, aby stworzyć przekonywującą i wciągającą sagę. Trawa nie przekonuje. Choć, z czystej ciekawości przeczytałbym resztę, jak dobrą telenowelę. Jest to rzecz którą warto poznać, choć może nie w pierwszej kolejności. Seria Artefakty oferuje prozę na mistrzowskim poziomie, może dlatego Trawa w ogólnym rozrachunku i w porównaniu do reszty serii prezentuje się co najwyżej średnio.



piątek, 2 października 2015

Czerwony Mars; Kim Stanley Robinson

Kończyłem czytać tę książkę, gdy gruchnęła wiadomość, że na Marsie odkryto wodę w stanie ciekłym.  Niespotykany zbieg okoliczności. Aż zadrżałem z radości!
Mars od dawna rozpala wyobraźnię, nie tylko pisarzy. Mityczny bóg wojny, krwistoczerwona planeta, która kluczy specyficznym ruchem wśród innych gwiazd i planet. Od kiedy zaobserwowano na jego powierzchni charakterystyczne kanały, sądzono, że kiedyś albo i nadal istnieje tam zaawansowana cywilizacja, która w ten sposób doprowadza wodę z czap lodowych do pustynnych obszarów planety. A potem Wells i jego Wojna światów i Borroughs, który „wymyślił” zielone ludziki. I poszło. Literatura ochoczo zasiedlała Marsa albo odkrywała na nim pozostałości wspaniałych cywilizacji, które miały dać początek życiu na Ziemi. O twarzach i innych kształtach nagminnie wypatrywanych wśród rdzawych skał nie będę nawet wspominał.
Pośród wszystkich marsjańskich powieści ta jedna zasługuje na specjalne wyróżnienie. Powodów jest mnóstwo, ale najważniejszy jest taki, że to kawał naprawdę wspaniałej prozy, napisanej ze znawstwem, wyczuciem i smakiem. Cudowna saga o setce ludzi wysłanych na Marsa celem założenia tam pierwszego ludzkiego osiedla, bazy naukowej a także, co oczywiste, stworzenia nowego społeczeństwa oderwanego od skostniałej, zjedzonej przez korporacje Ziemi.
To, co najbardziej zdumiewa, to fakt, że można tę książkę brać całkiem współczesną powieść, bowiem od strony naukowej nie straciła na aktualności, mimo, iż została napisana ponad ćwierć wieku temu. Opisy naukowe są precyzyjne, dokładne i momentami bez encyklopedii ani rusz. Podstawa naukowa jest tak wspaniale opisana, że czasem miałem wrażenie, jakbym czytał autentyczną kronikę przedstawiającą podbój Marsa. Byłem przekonany, że połowę słów autor sobie wymyślił. Ale nie, szybki rzut do słownika i okazuje się, że „mohole” to termin geologiczny, nie wymysł autora. I takich smaczków jest cała masa. Nie robi też tego łopatologiczne, w sensie nie wyjaśnia wszystkiego poprzez dialogi bohaterów, wychodząc ze słusznego założenia, że skoro już kogoś wysłano na Marsa, to nie trzeba mu tłumaczyć wszystkich zawiłości tektoniki płyt (której Mars podobno nie ma) ani skąd się wzięły kanały (których ma aż nadto). W tym miejscu autor liczy, że czytelnik wykaże się instynktem i ciekawością i sięgnie po odpowiednią literaturę, aby zbadać dany termin. Dziś, gdy internet jest pod każdą strzechą to, doprawdy, niewielki wysiłek. A autorowi chwała za to, że nie robi z czytelnika durnia i nie każe mu wierzyć, że naukowcy muszą sobie tłumaczyć podstawy nauki, z której robili doktorat.
Ale nauka to nie wszystko i gdyby tylko na tym opierała się ta powieść, to pewnie nie byłaby tak wspaniała. To, co czyni tę powieść naprawdę wielką, to kilkanaście pełnokrwistych postaci, które zakładają tę kolonię. Są to naukowcy, rzecz jasna, więc mają okazję stworzyć społeczeństwo czysto technokratyczne, pozbawione polityki i religii, ale przecież nie może być tak kolorowo. Następują romanse, podziały. Tworzą się nowe mity, przekonania, nawet religie. Tworzą się frakcje i, w rezultacie, co nieuniknione, tworzy się polityka. Apogeum następuje, gdy na Marsa zaczynają przybywać kolejni osadnicy a ziemskie korporację chcą położyć łapę na surowcach. Dochodzi do gorzkiego końca marsjańskiej utopii.
To, czego nie sposób też pominąć, to unoszący się nad powieścią ekologiczny motyw. Mianowicie, czy moralne jest zmienianie świata, który choć martwy, jest jednak jakoś tam przez naturę ukształtowany. Ziemianie mają za zadanie przygotowanie planety pod terraformowanie, więc niemal nieustannie przewija się motyw, czy ludzkość ma prawo ingerować w jakikolwiek świat do tego stopnia, by tworzyć tam zupełnie inny ekosystem. Mam wrażenie, że dziś mało kto miałby jakiekolwiek obiekcje na ten temat. Martwy świat Marsa aż się prosi o uczynienie go bardziej przyjaznym dla nas, ludzi. Tym bardziej teraz, gdy równowaga ekologiczna Ziemi jest dość poważnie zachwiana. W tym wypadku marsjańskie przesłanie odnosi się do Ziemi, którą zmieniamy ponad miarę.
Jedyne, co w powieści się zestarzało, to polityka międzynarodowa. Sądzę, że w dzisiejszych czasach nikt by na Marsa nie wysyłał Arabów jako cennych osadników, a wizja meczetu na Fobosie jest co najmniej dziwna. Ćwierć wieku temu widać dziwnym to nie było.
Czerwony Mars to pierwsza część trylogii. Absolutnie wspaniałej trylogii, kto wie, czy nie najlepszej, jaka do tej pory powstała na temat możliwości osiedlenia się na innej planecie. Nawet dziś, po tylu latach i po wielu odkryciach naukowych, nadal żywa i szalenie aktualna. Także pod czysto ludzkim względem, bo człowiek chyba jednak nie zmienia się tak prędko, jak nauka. A szkoda. Może zamiast zastanawiać się nad naturą aniołów i lać się o świecidełka, moglibyśmy już dawno latać na Tytana. Kto wie?