środa, 26 sierpnia 2015

John ginie na końcu; David Wong

David Wong to kolejny amerykański self made. Publikował swoją książkę na blogu, pisząc ją nocami, podczas gdy dniami wypełniał tabelki dla wielkiej korporacji. Jak sam o sobie mówi, nie ukończył żadnego kursu pisania, nie ma żadnego przygotowania aby napisać książkę, nawet nie umie dobrze angielskiego. Propozycję wydania potraktował jako żart.
No i w końcu wydali mu książkę. I nakręcili całkiem przyzwoity film na podstawie owej książki. Jakkolwiek nakręcenie filmu na podstawie takiego szaleństwa jest pomysłem co najmniej szalonym, to udało się. Film i książka.
Nazwisko Wong jest najczęściej występującym nazwiskiem na planecie Ziemia. Wiedzieliście o tym? podobno imię David też jest dość popularne i tak autor tłumaczy przybranie takiego pseudonimu: aby ciężko było znaleźć cokolwiek na jego temat w sieci.
Jako projekt blogowy z pewnością książka miała sens. Nie trzeba było czytać za jednym zamachem i nieraz przymykać oko na niespodziewane zwroty akcji czy niedopowiedzenia czy wręcz nieuzasadnione niczym skróty i duchy z maszyn, które nagle rozwiązują akcję albo pchają ją na inne, wygodniejsze dla autora tory. Nie mniej jest to rzecz naprawdę godna uwagi i tak zwyczajnie, po ludzku fajna. Ale przede wszystkim to szaleństwo totalne.
Nie da się opowiedzieć, tak w skrócie, o czym jest ta książka. Zwyczajnie nie da się, mimo, iż jest to łatwiejsze, niż się wydaje. Na tym polega cała sprzeczność tej opowieści: jest ona jedynie urywkiem czegoś większego. Autor stworzył miodne uniwersum, które gdzieś tam, w pewnym momencie, zaczęło żyć własnym życiem. Zauważyliście to życie? Pewnie nie. Nie ma strachu. Zapewne nikt nie zauważył.
Przez kilka lat opowieść leżała sobie odłogiem i czekała. Gdy w końcu David Wong się za nią zabrał, powstało istne szaleństwo. Trochę horror, trochę sci – fi, trochę Monty Python. Wszystko zalane solidną porcją psychodelicznego sosu sojowego.
Bo właśnie sos sojowy odgrywa w książce główną rolę. Jest to czarna substancja z innego wymiaru, która sprawia, że człek widzi i słyszy rzeczy, których normalnie nie ma. A raczej są, ale w innym wymiarze, który usilnie stara się przedostać do naszego. Intencje obcego wymiaru nie są tak wprost jakoś szczególnie złe, ale z pewnością ich punkt widzenia rzeczywistości odbiega od naszego. Następuje konflikt interesów i potyczka dwóch wymiarów. Ten drugi wymiar dowodzony przez „komputer z gówna i szamba” (sic!) chce zbawić nasz wymiar. Tak mniej więcej, bo poziom szaleństwa jest zbyt wysoki. Gadające psy, ludzie zmieniający ciała, demony w blond perukach i nieustanna i całkiem słuszna szydera z Limp Bizkit: wszystko tu jest. Skaczemy po wymiarach, wskrzeszamy zmarłych, rozmawiamy z nawiedzonymi pastorami z innych światów. A w tym wszystkim tytułowy John oraz niejaki David Wong, są niczym para z Supernatural; gonią i zwalczają demony z innych wymiarów. Naprawdę, miodne i czekające na dalszą eksploatację uniwersum.
A napisane? Cóż.. Prosto, tyle wystarczy powiedzieć. Absolutnie prosto. I żywo, jakbyśmy słuchali opowieści przy dobrej wódce o niesamowitych przygodach w krainie czarów. Ma to sens i się sprawdza.

Jest kontynuacja, czy raczej, inna opowieść z tego uniwersum. This book is full of spiders. Jest więc nadzieja na przyszłość, że to nie koniec. W końcu, wbrew wszystkiemu, John wcale nie umarł i ma się całkiem dobrze.  

Absolutnie w drodze wyjątku zamieszczam okładkę, która reklamowała film. Okładka książki jest czerstwa jak płyty Limp Bizkit, więc wstyd zamieszczać. Natomiast okładka z filmu... Miód! 

I jeszcze wypada zaprosić na stronę autora. Kilka ciekawych rzeczy i dużo żartów o kupie: http://www.cracked.com/ 


wtorek, 11 sierpnia 2015

Rzeka tajemnic; Dennis Lehane

Wygląda na to, że Dennis Lehane to złote dziecko Hollywood. Tak, jak kiedyś Michel Crichton. Mówiono o nim, że wystarczy, że napisze na ścianie „Ziutek jest głupi” a zaraz przyjdzie Spielberg i to sfilmuje. Lehane ma podobną przypadłość.
Nie tylko jest autorem Rzeki tajemnic ale przede wszystkim fenomenalnej Wyspy tajemnic, którą równie fenomenalnie sfilmował Scorsese. Ale to nie wszystko, bowiem jest on również autorem całkiem fajnej książki Gdzie jesteś, Amando? (też sfilmowanej) oraz Brudnego szmalu. Zarówno książka jak i adaptacja filmowa tego ostatniego to rzecz naprawdę wybitna. Natomiast miłośnicy seriali z pewnością kojarzą The Wire. Tak, tak, Dennis Rozrabiaka jest autorem scenariusza to tego serialu. To powinno wystarczyć aby uzmysłowić sobie, że Lehane pisarzem jest nieprzeciętnym i niezwykle zdolnym.
Rzeka tajemnic intryguje. Nie jest to pełnokrwisty kryminał, gdzie śledztwo co i rusz sprowadza na głowę czytelnika kolejne zwroty akcji albo makabryczne opisy zbrodni. Nie jest to też powieść, która goni za sensacją, choć tej nie brakuje. Nie jest to też opowieść pełna akcji i strzelania z pistoletów oraz brawurowych pościgów. Rzeka tajemnic jest natomiast wspaniałą powieścią balansującą na granicy traktatu filozoficznego, przypowieści o zbrodni i karze oraz mylnych wrażeniach jakich można się nabawić oceniając ludzi poprzez swój pryzmat.
Zasadniczo jest to opowieść o trójce przyjaciół. Jeden z  nich jako dziecko zostaje porwany wprost z ulicy przez dwóch mężczyzn podających się za policjantów. Pozostała dwójka bezsilnie się przygląda jak ich kolega zostaje uprowadzony. Cztery dni później powraca jako bohater, chłopak, który uciekł z szopy w środku lasu, w której był przetrzymywany. Nie trzeba dodawać, co mogło się z nim.
Chłopcy dorastają. Jeden z nich zostaje policjantem, jeden kryminalistą, który wyszedł na prostą, a porwany chłopiec zostaje nieco zwichrowanym i nie zawsze radzącym sobie z rzeczywistością facetem ściganym przez dawne demony.
Córka naprostowanego kryminalisty pewnej nocy zostaje zamordowana. Śledztwo prowadzi, co oczywiste, pierwszy z kolegów. Nie trzeba długo czekać, by podejrzenie padło na zwichrowanego, porwanego za młodu, mężczyznę.
Dramat iście antyczny: każdy z nich ma swoje za uszami, nikt nie jest niewinny, nikt nie jest ani zły, ani też dobry. Autor myli tropy, celowo prowadząc podejrzenia a stronę zwichrowanego mężczyzny. Wiadomo, coś przeskrobał. Tej nocy, której dokonano morderstwa, wraca do domu zakrwawiony. Żona go kryje. Policjant sprawdza, choć wierzy w jego niewinność, a zrozpaczony ojciec szuka zemsty. Znajduję ją, ale jakim kosztem?
Rzeka tajemnic to kryminał moralnego niepokoju. Akcja sączy się jak dobry alkohol. Autor nie wprowadza wątków na łupu cupu, delikatnie je dozuje budując fenomenalną atmosferę, lekko oniryczną i pełną subtelnych obserwacji amerykańskiej rzeczywistości. Tak jak powiedziałem: jest w niej coś z ducha delikatnego traktatu filozoficznego, zastanowienia się nad ideą zbrodni i kary, nad ich słusznościami i bezsensami. Trójka bohaterów prowadzi ze sobą dziwną grę, w której wszystkie karty wydają się odkryte, ale tak naprawdę nic nie jest jasne.
Najbardziej fascynuje w tej opowieści jej dwuznaczność. W pewnym momencie samo śledztwo schodzi na dalszy plan, a wybija się ogólna myśl nad ludzką kondycją oraz tym, jak demony przeszłości wpływają na nasze, teoretycznie dorosłe, decyzje.
Mimo, iż w pewnym momencie wszystko wydaje się jasne, zakończenie jest sporym zaskoczeniem.

Wspaniała książka.


poniedziałek, 27 lipca 2015

Ready Player One; Ernest Cline

Rzeczywistość, ogólnie rzecz biorąc, jest przereklamowana. Grafika co prawda daje radę, ale fabuła jest do dupy. Główny quest sprowadza się do prozaicznego sex, sleep, eat, drink, dream, a zadania poboczne są do dupy raczej. I tak ciężko awansować na kolejny poziom, nie mówić o zdobywaniu skili. No i co by nie gadać, nie masz żadnych, ale to żadnych szans na jakikolwiek magiczny item. Słowem, dupa blada!
Właśnie dlatego powstała rzeczywistość wirtualna. Właśnie dlatego jest tyle gier, które nadają rzeczywistości inny smak. Albo całkowicie od niej izolują (hikikomori w krajach Orientu to plaga, która powoli zaczyna zaglądać na Zachód). Można uprościć całą sprawę i powiedzieć, że Internet to zło, że gry to zło, że technika to zło. Może to i prawda, ale czy w takim razie rzeczywistość jest taka wspaniała, że nie trzeba od niej uciekać?
USA przyszłości to ponure miejsce. Nie ma roboty, miasta bankrutują, ludzie biedni mieszkają w izolowanych osiedlach przyczep kempingowych, a tylko najbogatsi mogą mieszkać w znośnych domach. W takich warunkach poznajemy bohatera. Jest nim młody chłopaczek, Waden Watts (ja uważam, że to nazwisko nie jest przypadkiem, ale nie mam dowodów). Jest sierotą, a większą cześć życia spędza w OASIS, rzeczywistości wirtualnej. W tej rzeczywistości chodzi do szkoły, poznaje przyjaciół, zakochuje się, słowem: żyje.
Twórca tej rzeczywistości przed śmiercią przygotowuje cykl zagadek. Każdy, kto je rozwiąże, zdobędzie całkowitą kontrolę na firmą i, co za tym idzie, całym OASIS. Oczywiście, nasz bohater rusza aby tę zagadkę rozwikłać.
Tu zaczyna się zabawa. Zagadka jest bowiem skonstruowana tak, że tylko prawdziwy maniak i znawca popkultury, głównie z lat osiemdziesiątych, będzie w stanie ją rozwikłać.
I właśnie ta książka jest wielką orgią popkulturową. Są tu chyba wszystkie możliwe nawiązania do gier, filmów, teledysków i muzyki oraz książek sciencie fiction jakie powstały w latach osiemdziesiątych albo miały na  nie bezpośredni wpływ. Oczywiście, mowa tu o popkulturze amerykańskiej, więc ja, wychowany w latach 90’ w Polsce o połowie tych rzeczy nie miałem pojęcia. Zwłaszcza o Japońskich anime, które do Polski docierały raczej dość opornie i nie w takiej ilości, co w USA. I choć Polonia 1 swego czasu robiła co mogła, aby i u nas zakorzenić pewne przejawy tego specyficznego segmentu, to jednak nie było to na zbyt wielką skalę.
A w książce jest tego tyle, że bez Internetu ani rusz. Gry z automatów, platformówki, komiksy, mangi; wszystko tu jest i jest tego tak dużo, że sama akcja schodzi na dalszy plan.
Rzeczywistość tu wykreowana jest tak wspaniała, że przez dłuższy czas nie dostrzegałem nic, co by miało być jakąkolwiek przestrogą. I, szczerze mówiąc, dalej mam wątpliwości, czy jakakolwiek jest. Jeśli jest to antyutopia, to bardzo delikatna. Głównie chodzi o przygodę, którą przeżyć można tylko w rzeczywistości wirtualnej. Przygoda natomiast nie daje wytchnienia. Gna i pędzi na złamanie karku, jak w starych platformówkach, których nie można zapauzować ani zapisać postępu w trakcie. Trzeba przejść poziom. W innym przypadku zaczynasz od początku.
A jednak jest w tej pięknej wizji martwy piksel. Świat opisany w książce ma zachwiane proporcje. Rzeczywistość wirtualna stała się ważniejsza, lepsza i ładniejsza. Świat jest brudny i zdegenerowany, nie dziwota więc, że ludzie uciekają w OASIS. Tam tworzą sobie lepszy, doskonalszy obraz samego siebie. Tam łatwiej zdobyć przyjaźń, miłość, uznanie. Znacie to przecież!
Autor jednak nie potępia takich postaw. Rozumie je. Wskazuje natomiast alternatywę, dość oczywistą przecież, czyli wylogowanie się. Nic nowego. Słyszymy to ciągle, na około. Ale ten problem zaczyna być widoczny naokoło. Rośnie przecież pierwsze pokolenie całkowicie wychowane na gadżetach: mają niemal od urodzenia podczepione tablety, smartfony, laptopy. Grają i żyją w świecie, którego formalnie nie ma. Internet je wychowuje. Czy wychowa pokolenie pustaków emocjonalnych? Współcześnie dzieciaki już nie zapamiętują informacji, a jedynie odnośniki do tych informacji. Internet przekształca ich mózgi, zmienia sposoby zapamiętywania i uczenia się. Spłyca logikę i każe oczekiwać natychmiastowych odpowiedzi. Jak nauczyć cierpliwości oczekiwania na cokolwiek, skoro każdy film, płytę czy książkę mogę mieć od zaraz? Jak nauczyć wyobraźni, skoro można ją mieć w kieszeni zamiast w głowie? Brzmi strasznie? Przyzwyczajajcie się. Jest duża szansa, że nasze dzieci takie będą. Powykręcane przez fale wi fi, majaczące na granicy dwóch światów, chore na urojenia. Wyglądając przez okno będą chciały przybliżyć obraz albo zmienić ekran ruchem palca. Sam widziałem dzieciaki, które podchodziły do telewizora i szurały palcem po ekranie chcąc zmienić kanał. To niby nic strasznego. Można się uśmiechnąć pod nosem i powiedzieć, że to tylko dziecko. Mały głuptas, oduczy się. Czy aby?  
Celowo nie mówię wiele o samej książce. Jest cudowną, prostą i przyjemną przygodą dla każdego, kto wie, kim był Roy Batty. To pikselowa bomba atomowa. Rozczarowanie światem jednak nie przekłada się na moralizowanie, że świat trzeba zmienić. Jasne, że trzeba. Tak, jak trzeba się wylogować, przynajmniej od czasu do czasu. Nic nie zastąpi kontaktu biologicznego i nie mówię tylko o sferze seksualnej. Autor zdaje się pokładać wielkie nadzieje w rozsądku ludzi. Może i słusznie, a może i nie.  Rzeczywistość jest do dupy, ale to jedynie miejsce, gdzie dają przyzwoite żarcie.



środa, 22 lipca 2015

1Q84; Haruki Murakami

Murakamiego długo nie mogłem ugryźć. Ciężko mi było do niego trafić. Jego styl nie przemawiał. Pomysły drażniły, a całość zdawała się być trochę lepszym Coelho. Nie rozumiałem zachwytu, jaki wzbudzał. Fakt, że najczęściej jego książki widywałem u ludzi raczej młodych wiekiem i duchem, ewentualnie takich, co wcześniej podkochiwali się w Whartonie  i Carrollu i lubili „fajne książki z domieszką magii”. A ja nie potrafiłem.
Do samej 1Q84 zabierałem się ze cztery razy, może więcej. Czytałem kilka pierwszych stron i zwyczajnie przestawałem czytać. Nie to, że jakoś wybitnie mnie odrzucało. Nie, nic z tych rzeczy. Raczej nie mogłem znaleźć w tych pierwszych stronach punktu zaczepienia, który by sprawił, że zechciałbym z bohaterką podążyć dalej. Bohaterką, bo przecież po raptem dwudziestu stronach można dojść do wniosku, że książka ta ma tylko bohaterkę, która uwikłana jest w szemrane interesy.
Ale pewnego dnia, jako, że jestem zawzięty człowiek i lubię dokańczać książki, które już raz zacząłem, usiadłem i dokończyłem. I okazało się to nad wyraz łatwe i bardzo przyjemne.
Nadal uważam, że nie jest to książka wysokich lotów. Nie jest to też rewelacja, która daje do myślenia albo „robi rewolucję”. Nic z tych rzeczy. To nadal jest wysokiej klasy czytadło, właśnie w stylu Carrolla.
Cóż my tu mamy? Poza oczywistym nawiązaniem do Orwella, które wcale w tekście tak oczywiste nie jest, mamy historię kobiety i mężczyzny. To zawsze są historie o kobietach i mężczyznach, chciałoby się zacytować klasyka. Kobieta, Aomame, jest kimś na kształt mścicielki skrzywdzonych, mężczyzna, Tengo, jest początkującym pisarzem. W jego ręce trafia manuskrypt powieści napisanej przez młodą dziewczynę, on ten manuskrypt poprawia, ktoś inny go wydaje i zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe. Drogi bohaterów schodzą się ponownie, bo okazuje się, że znali się wcześniej. Na niebie pojawiają się dwa księżyce, z pyska zdechłej kozy wychodzą Little People, takie przeciwieństwo Wielkiego Brata, i robią Powietrzną Poczwarkę, która natomiast… Ale nie będę zdradzał.
Czasem gdy opowiadam znajomym o jakiejś książce, brzmi to zwyczajnie idiotycznie. Ta książka też brzmi idiotycznie, ale idiotyczna nie jest ani przez moment, czyta się ją bowiem naprawdę znakomicie. Nie wiem, na ile jest to mistrzostwem tłumacza, ale styl powieści jest jasny i klarowny, bez fajerwerków, ale też przyjemnie balansujący na granicy kiczu.
Jest w tej książce odpowiednia dawka zarówno romansu, jak i fantastyki. Jest kilka problemów społecznych i solidna dawka japońskiej obyczajowości z lat 80’, co, moim zdaniem, wypada najciekawiej. Są świetnie skrojeni bohaterowie i logiczna, przemyślana akcja, mimo umiejętnego zacierania granicy pomiędzy fikcją a realnością (oczywiście, fikcją i realnością w świecie powieści). Nie ma niepotrzebnych wtrętów, całość trzyma się kupy bardziej niż rewelacyjnie. I, co najważniejsze, czyta się świetnie.
A jednak jest w Murakamim coś, co sprawia, że po jednej takiej powieści nie mam ochoty na kolejną. Potrzebuję przerwy. I to mnie dziwi, bo nie jest to powieść jakoś wybitnie intensywna albo dająca po synapsach. Zwykłe, lekko zabarwione fantastyką czytadło o dziwnych ludziach. Więc dlaczego, po przeczytaniu tej książki, która na dodatek mi się podobała, mam dość?

Zastanawiam się nad tym i nie umiem odpowiedzieć.

Okładkę postanowiłem zaprezentować zagraniczną. Chyba najładniejsza. 


czwartek, 9 lipca 2015

Zapach miasta po burzy; Olgierd Świerzewski

Polski James Joyce. Tak powiedział o nim Różewicz, gdy Olgierd Świerzewski wygrał jako szesnastolatek konkurs dramaturgiczny. Po takiej pochwale nie pozostaje nic innego, tylko zostać polskim Jamesem Joycem. Któż by o tym nie marzył?
Ale Olgierd wolał coś innego. Rzucił pisanie, choć ledwo je zaczął. Studiował administrację i prawo albo jakiś równie poetycki kierunek studiów. Zajmował się biznesem. Nie pisał.
W trakcie swej drogi życiowej zdarzyło mu się pracować jako doradca dwóch szachowych arcymistrzów: Anatolija Karpowa oraz Garri Kasparowa. Nawet człowiek mylący szachy z szafiarką pewnie słyszał te nazwiska. Choćby dzięki słynnemu pojedynkowi człowiek kontra komputer, gdzie Kasparow przegrał pojedynek z maszyną.
Właśnie, szachy. To słowo klucz to tej książki. Szachy i Rosja. Bo jak szachy to Rosja. U nich to sport narodowy i duma narodowa. Arcymistrz to półbóg, który stąpił na ziemię i zamieszkał w Rosji. Świerzewski opisał szachy w taki sposób, że wszystkie inne wątki schodzą na dalszy plan.
Zasadniczo jest to historia dwóch szachistów: Antonowa i Romancewa. Pierwszy jest narwanym młodzikiem, samozwańczym geniuszem szachowym, drugi mistrzem o ugruntowanej pozycji. Wskutek działań partyjnych i małego oszustwa młodziak zostaje wysłany na konkurs arcymistrzów, gdzie pokonuje aktualnego mistrza świata. Oczywiście, wybucha skandal ale też wybucha kariera Antonowa. Nie trzeba dużo myśleć, by wymyśleć, że odsunięty przez władzę od konkursu Romancew poprzysiągł krwawą, szachową zemstę z wspomnianym już komputerem w tle. Zawiłe dzieje dwójki szachistów na tle jednego z najciekawszych okresów w historii Rosji czyli lat 1979 – 2000 moim zdaniem w zupełności by wystarczyły na pasjonującą lekturę. Ich osobowości są na tyle wyraźne, że wciągają czytelnika. Opisy pojedynków szachowych są smakowite i trzymają w napięciu nawet osoby, które z szachami nie mają zbyt wiele wspólnego. Jednak autorowi to nie wystarczyło.
Musi być miłość. Tak się przedziwnie złożyło, że dwójka szachistów zakocha się w tej samej kobiecie, rosyjskiej aktorce, Tani. Można powiedzieć: typowy trójkąt miłosny gdyby nie fakt, że to jest typowy trójkąt miłosny. Nie mówię, że wątek trójkąta jakoś przeszkadza. Nie, historia ma sens i trzyma się kupy. Bardziej mierzi to, że postać kobieca jest potraktowana trochę jak gadająca dekoracja, której jedynym zadaniem jest wodzić mężczyznę na pokuszenie, być jego aniołem albo diabłem. Postać Tani ma historię, i to całkiem ciekawą (na przykład można się z niej dowiedzieć, że jeden z terrorystów ze Szklanej pułapki był rosyjskim baletmistrzem zbiegłym na zachód) ale brakuje jej głębi. I w moim odczuciu jest jedynie pretekstem do pewnym posunięć (nomen omen) w akcji.
Bo ta skupia się niemal w całości na szachach, na obsesji zwycięstwa i bycia najlepszym. Chorobliwa ambicja jednego z nich doprowadzi do upadku i, jak to zwykle bywa, do cudownego zmartwychwstania i dramatycznego pojedynku o wszystko.
Jest to też powieść na wskroś rosyjska. Nieco rozjechana, egzaltowana i pełna nonszalancko spożywanego alkoholu. Wypełniona rosyjską dumą, szachami, boksem, wódką i pieśniami Wysockiego. Fascynujące jest obserwowanie zmian w Kraju Rad z punktu widzenia nie tyle genialnego szachisty, co młodego człowieka, który kocha, fascynuje się Madonną i lubi sobie strzelić jointa tudzież piwko. Można spojrzeć na Rosję z trochę innej perspektywy niż komunistycznego molocha który niewolił ćwierć Europy przez kilkadziesiąt lat. Z takiej bardziej ludzkiej perspektywy. Fabuła książki przeplata się z prawdziwymi wydarzeniami z tych czasów, w których biorą udział albo bohaterowie albo ktoś im bliski. Razem tworzy to fascynujący portret wielkiego państwa o którym w gruncie rzeczy nie wiemy niemal nic.  
Wśród krytyków, którzy recenzowali tę książkę przewija się jedno słowo: bezczelny. Że debiut to bezczelny bo balansujący gdzieś na cienkiej granicy… no właśnie, czego? Tkliwego romansu? Owszem. Pojedynku dwóch szachistów? Jak najbardziej. Portretu dumnego narodu? Też. Czasem jest przeszarżowane. Chwilami drażnił mnie styl i zbytnia przesada. Trochę jak telenowela. Czasem rozmyte, czasem przerysowane ale zawsze trafiające tam, gdzie trzeba: prosto w serce. I taka jest ta książka. Prosto w serce. Idealny strzał w upalne dni.

Talent Świerzewskiego nie jest talentem oczywistym. Ten „polski James Joyce” w tej książce z pewnością nim nie jest i, moim zdaniem, nawet się do niego nie zbliża, ale jednego nie można mu odmówić: podobnie jak Wielki Maszynista ma niebywały talent, wręcz geniusz, do fascynującego opowiadania w gruncie rzeczy prostych i pozornie nieciekawych historii. A opisy partii szachowych? Gdyby nie fakt, że grywam w miarę regularnie od razu rzuciłbym się, aby zakupić deskę i bierki i przekonać się o co tyle szumu.

Okładka jest brzydka jak dzień, ale cóż? Ważne, że w środku jest lepiej. 


wtorek, 30 czerwca 2015

Drach; Szczepan Twardoch

Wakacje za pasem, sezon ogórkowy zagląda w okna więc wypadało by coś lekkiego zaproponować. Zmierzyłem się z kilkoma książkami, które odkładałem na „inny czas” i teraz mogę przedstawić wstępne opinie. Na pierwszy ogień idzie Twardoch.
Tak się akurat szczęśliwie składa, że Szczepan Twardoch jest w moich oczach najzdolniejszym i najlepszym pisarzem młodego pokolenia. Imponuje mi ten człowiek swoją wizją literatury, konsekwencją i charyzmą literacką. A także tym, że pomimo konserwatywnych poglądów nie omija trudnych tematów i stawia im czoło w sposób niesamowity.
O Śląsk idzie. Nie jestem fanem Śląska. Nie jestem, ale zazdroszczę im samoświadomości, której już nie mają Mazurzy, których lubię, bo od nich pochodzę a przynajmniej lubię tak myśleć. Urodziłem się na Mazurach, na pograniczu Polsko – Pruskim i fascynuje mnie historia moich terenów, pełna niedopowiedzeń, amnezji i zakłamań. Oraz zapomnienia ze strony wszystkich innych. I choć Śląsk ma węgiel, a Mazury jedynie przyrodę, historia obu tych regionów jest podobna. Jest to historia ludu, który nie uważał się ani za Polaków, ani za Niemców, choć różni dziejopisarze siłą wcielali ich do jednej albo drugiej nacji. Ich historia pełna jest zawirowań, zmian narodowościowych i nieświadomego przekraczania granic.
I paranoidalnego traktowania przez Polaków, którzy przypominają sobie o istnieniu danej grupy w momencie polityczno – ekonomicznych trzęsień i zawirowań.
Twardoch Śląsk kocha i rozumie. Na tyle mocno, że uczynił narratorem najnowszej książki ziemię śląską. Przyznam szczerze, że mnie ten zabieg początkowo położył na łopatki. Najlepszy z możliwych sposobów prowadzenia narracji, gdy nie ma jednego bohatera, a akcja dzieje się jednocześnie na przestrzeni ponad stu lat. Formalna strona książki jest wspaniała, wielka i Twardoch wyszedł z trudnego manewru obronną ręką. Więcej! Moim zdaniem wyszedł zwycięsko. Zarówno forma książki i styl to majstersztyk. Prawdziwa, nomen omen, perła w koronie twórczości Twardocha. I właśnie dlatego ta książka nie będzie wielkim sukcesem. Jest zbyt hermetyczna.
Ciężko jest wejść w narrację. Ciężko jest oswoić się z hermetycznym językiem, gdzie gwara śląska miesza się z niemieckim bez żadnych tłumaczeń ani wyjaśnień. Natomiast brak jasno określonego bohatera nie pozwala zbytnio przywiązać się do książki.
Dodatkowym utrudnieniem jest mnogość dat wydarzeń z historii Śląska. Prześledzenie wszystkich naprawdę zajmuje dużo czasu i wysiłku.
Ale żeby nie było, to moje narzekanie wcale nie jest narzekaniem. To pochwała. Lubię trudne książki, a Drach książką trudną jest. Nie tylko ze względu na poruszaną tematykę ale na sposób w jaki została opowiedziana. Z jednej strony wydaje się być chaotyczna, ale po przeczytaniu całości dochodzę do wniosku, że chyba nie było innego sposobu. Można co prawda tę samą historię rozpisać na poszczególne postacie, poprowadzić standardową narrację liniową, ale wtedy całość straciła by efekt i siłę. Myślę, że nie było lepszego sposobu na oddanie zamętu dziejowego Śląska, zamętu mieszkańców i ich szukania tożsamości w tym bałaganie. I szukania swojego sposobu opowiedzenia własnej historii.

Wreszcie, jest to książka niezwykle ważna z jednego powodu: pomaga zrozumieć złożoność tworu zwanego Polska, który na przestrzeni dziejów zmieniał się, rósł i malał i w jego obrębie żyło i żyje dużo ludzi, którzy nie mieli z polskością za dużo wspólnego, a jednak jako Polaków ich się traktuje. I oni też są Polakami, choć ich historia nakazuje mówić coś innego. 


czwartek, 11 czerwca 2015

Kantyk dla Leibowitza; Walter M. Miller

 Uwielbiam sci fi miłością wielką i namiętną, ale w całej sci fi jeden jej rodzaj sprawia, że serce bije mocniej. Postapokalipsa. Co prawda gatunek ten kojarzy się przede wszystkim z filmem i ostatnio z grami, gdzie prym wiedzie Fallout i Metro 2033 (tak, wiem, że Metro 2033 to książki, ale trzeba uczciwie przyznać, że popkultura zjadła książki i stworzyła coś, co w zasadzie żyje i radzi sobie lepiej od książkowych pierwowzorów).
Niedawna premiera Mad Maxa obudziła we mnie na nowo chęć sięgnięcia po stare tytuły nie tyleż filmowe, ile książkowe. Wśród nich jest jedna, która jaśnieje niczym diament i jest jedną z pierwszych tak konkretnych kreacji świata postapokaliptycznego. Czytając czułem się niemal jakbym czytał scenariusz zaginionego Fallouta i jestem w stanie założyć się, że Brian Fargo i koledzy musieli znać i wzorować się na tej książce.
Isaac Edward Leibowitz był amerykańskim inżynierem wojskowym żydowskiego pochodzenia, twórcą zakonu albertyńskiego. Zadaniem zakonu było chronienie wiedzy, jaka ocalała po zagładzie atomowej, która niemal starła ludzkość z powierzchni ziemi. Ci, co ocaleli, wyrzekli się wiedzy. Ludzie, którzy ją pielęgnowali byli zabijani; w najbardziej mrocznych czasach zabijano nawet tych, którzy umieli „tylko” czytać. Książki palono. W późniejszych wiekach nazwano ten smutny czas sprostaczeniem. Leibowitz został przez motłoch powieszony i spalony. Zakon założony przez niego przetrwał i w XXVI nastąpiła kanonizacja Leibowitza. Tu wkraczamy w świat książki.
Wędrujący przez pustynię brat Franciszek z Utah, nowicjusz zakonu albertyńskiego błogosławionego (jeszcze) Leibowitza szuka spokoju i objawienia. Tam trafia na tajemniczego wędrowca. Ów wędrowiec pokazuje mu miejsce tajemniczego znaleziska…
Druga część książki opisuje świat kilka wieków później. Ludzkość znów jest potężna technologicznie, ale trwa nieustanny spór pomiędzy nauką a wiarą.
Trzecie część natomiast ukazuje świat, który niczego się nie nauczył i ponownie stoi u progu wojny atomowej.
Fascynujące jest to, że Kantyka dla Leibowitza to jedyna książka Millera wydana za jego życia. Dziwi, bo książka jest doskonała, piękna i bardzo filozoficzna. Wydana w 1959 roku doczekała się co prawda kontynuacji w postaci równie znakomitej książki Święty Leibowitz i Dzikokonna. Ukończywszy niemal cały tekst, a było to w roku 1996, autor popełnił samobójstwo. Powieść została dokończona przez Terry’ego Bisson’a, amerykańskiego pisarza fantasy.  
Kantyka to pieśń liturgiczna o tematyce biblijnej. Książka też jest swoistym traktatem filozoficznym. Trzeba pamiętać, że w latach 50’ i 60’ w USA i nie tylko, żywa była wciąż groza zagłady atomowej. Tamtejsze pokolenia całkiem serio bała się apokalipsy. Zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki wciąż było obecne w świadomości. USA prowadziło próby atomowe na pustyni w Nevadzie. USSR straszyło swoimi głowicami; oba narody chciały zmusić się nawzajem do uległości. Mogę sobie wyobrazić, że nie była to zdrowa atmosfera. Powstająca w takich czasach Kantyka dla Leibowitza musiała robić wrażenie jeszcze większe. I robi to wrażenie do dziś. Tym większe, że samo postapo zostało „przetrawione” przez popkulturę na wszystkie chyba strony i sposoby. Powieść Millera jawi się jako to dzieło, z którego swój początek bierze wiele z tych ścieżek, jakimi obecnie chodzi postapo. Nieco zapomniane dzieło. Tym bardziej, że jest niezwykle mądra i świetnie skonstruowana. I, co jest chyba najważniejsze, świetnie napisana. Perfekcyjnie ukazuje świat, który się rozpadł i rozpaczliwie szuka swojej drogi w burzy piaskowej i ciemności. I kiedy w końcu znajduję tę drogę… cóż. Chyba można powtórzyć, za pewną słynną serią słowa, które jak ulał pasują do Kantyki…: War. War never changes…
Zapomniane arcydzieło, które warto poznać. A jak się spędziło godziny przy Falloucie, to nie ma przebacz: trzeba!

Mały dopisek: książkę w Polsce wydano pod dwoma tytułami: Kantyk dla Leibowitza i Kantyczka dal Leibowitza. To dwie identyczne książki, które różnią się jedynie tytułem.