środa, 23 września 2015

Pieśń krwi; Greg Bear

Jakoś tak się utarło, że myślimy o sobie jak o skończonych, doskonałych formach życia, które nie podlegają już żadnym zmianom. Proces ewolucji zakończony, jesteśmy chodzącą doskonałością.
Oraz jednością. No bo kto zastanawia się nad sekretnym życiem swoich własnych komórek? Jesteśmy przecież jednym organizmem. Pojedyncza komórka to bezbarwny budulec, cegiełka, a tylko szaleniec przypisuje cegłom jakąkolwiek autonomię. A tymczasem każda komórka to oddzielny organizm. Nosi w sobie pełen zapis genetyczny nas, ludzi. No właśnie, nas? Czy może swój własny, a my jesteśmy tylko wielką maszyną mającą na celu chronić ten zapis, chronić pojedynczą komórkę?
No i lubimy myśleć, że inteligencja równa się wielkość. Zastanawiamy się jakie tajemnice kryje dziewięć kilogramów mózgu kaszalota, a nieco mniej zastanawiamy się nad potencjałem małej, sprytnej ośmiornicy. Albo mrówczej kolonii. Tymczasem sama natura skrywa przed nami zapewne jeszcze większe i bardziej zaskakujące tajemnice.
Greg Bear napisał książkę o tym, co by było, gdyby pojedyncze komórki zyskały świadomość w wyniku eksperymentów biologów i zechciały zyskać trochę wolności. Oraz mieć własny… hmmm… świat.
Zaczyna się tak, że pewien genialny, ale nieco antypatyczny biolog prowadzi nie do końca legalne badania nad komórkami. Przez to zostaje zwolniony z pracy, a nie chcąc tracić wyników swoich badań, wykrada stworzone przez siebie komórki. Robi to w najprostszy sposób: wstrzykuje je sobie. Początkowo komórki zaczynają zmieniać jego ciało: staje się zdrowszy, silniejszy i sprawniejszy seksualnie. Trochę przypomina Muchę? Trochę tak, ale zakończenie jest inne. O ile Mucha skupia się na jednostce, tu mamy cały wszechświat. Tym wszechświatem jest ów biolog, w którego ciele zaczyna kwitnąć inne, nieznane inteligentne życie, które szybko nabiera świadomości istnienia innych wszechświatów, czyli ludzi. I owo nieznane życie chce ludziom pomóc.  
Co ciekawe, książka zdaje się nie traktować o zagrożeniach wobec eksperymentów genetycznych i biologicznych, pomimo, iż dla większości postaci w książce nie kończy się zbyt dobrze, to jednak ogólna wymowa jest raczej taka, że każde inteligentne życie, jakie napotkamy na swej drodze zasługuje na szansę. Tym bardziej, że owe „inteligentne komórki” nie są wcale złe. Owszem, mają swoje cele, które są diametralnie inne od celów ludzi, ale autor nawet przez chwilę nie daje odczuć, że dzieje się jakaś wielka krzywda. Raczej wielka zmiana.
To, co opowiadane tak skrótowo wydaje się nieco bezsensowne, zostało przedstawione w sposób mistrzowski. Ta książka, będąca rozwinięciem opowiadania, ma w sobie wszystko, co powinna mieć doskonała powieść sci fi: porządne, naukowe uzasadnienie, czysty, niemal sterylny język oraz solidnie nakreślone postaci. Do tego napisana w sposób tak wciągający, że dosłownie nie sposób się od książki oderwać.
Jedyną rzeczą, do jakiej mogę się czepić, to liniowość. Nie ma co liczyć na niepokojące zwroty akcji, choć sama tematyka jest fascynująca na swój sposób, więc chyba nie jest to zbyt wielka wada.
Dziś więc krótko: jedna z tych książek, którą wypada znać.




poniedziałek, 7 września 2015

Genesis; Bernard Beckett

Antyutopia. Nie przepadam za tym tematem. Wolę klasyczną apokalipsę, jeśli mam być szczery. Ale ta książka zwabiła mnie do siebie rzekomo innowacyjnym podejściem do sztucznej inteligencji, a to już temat, który uwielbiam.
Przede wszystkim należy powiedzieć, że forma książki to wzbogacony o wtręty przeżyć osobistych stenogram rozmów, jakie prowadzi bohaterka powieści i tajemnicza komisja egzaminacyjna tajemniczej Akademii, przed jaką staje. Rzecz dzieje się w przyszłości, na wyspie, która kiedyś była Nową Zelandią. Świat jest po tajemniczej wojnie, w której duża część ludzkości wyginęła. Na Nowej Zelandii utworzona została Akademia na wzór platoński. Ideał. Ludzie w niej podlegają tak ścisłym regulacjom, że rychło okazuje się, że ów raj nie jest wcale taki kolorowy. Wyspa otoczona jest wielkim murem. Za murem żyją ludzie, biedni, którzy próbują na prymitywnych łodziach dostać się za mur. Każdy, kto choć zbliży się do muru, jest natychmiast zabijany. Ale jeden huncwot wyłamuje się i ratuje młodą kobietę, która na niewielkiej łodzi dobiła do muru. Ukrywa ją, ale sprawa wychodzi na jaw. Bohater zostaje schwytany i ukarany.
O tym tajemniczym bohaterze zdaje egzamin młodziutka dziewczyna, Anaksymandra, wiele lat później. Chce wstąpić do Akademii. Chce bronić idealnego społeczeństwa opartego na platońskich ideałach.
Słuchając jej egzaminu dowiadujemy się, że ów bohater o wdzięcznym imieniu Adam, jako karę dostał przymus nauki robota, eksperymentalnej sztucznej inteligencji o kuriozalnym wyglądzie pudła na gąsienicach i głowie orangutana. Szybko między nimi (między Adamem i robotem) wytwarza się specyficzna relacja zakończona pewnym spiskiem, którego szczegóły to już sobie doczytacie.
Książka ta niebezpiecznie balansuje na granicy tego, co można nazwać „literaturą młodzieżową”. Nie tylko ze względu na bohaterkę, która ma czternaście lat. I nie tylko ze względu na postać buntownika Adama, który lat ma siedemnaście. I nie tylko ze względu na pewne, ale bardzo delikatne, podobieństwa do Dawcy (co pewnie bardziej jest znane jako film Dawca pamięci, którego nic nie było w stanie uratować). Bardziej przez to, że sama forma utopii jest wyłożona tak łopatologicznie, że aż boli. Natomiast to, co w tej książce jest naprawdę wartościowe, to relacja człowiek – maszyna, SI już na tyle zaawansowane, że może knuć spiski i szantażować naszego bohatera. I jest to inteligencja o lata świetlne odległa od kostycznego HAL – a 9000.
Pozornie książka rozgrywa się tylko na tym jednym polu. Młoda dziewczyna zdaje egzamin i przez jej wypowiedzi poznajemy historię tajemniczej Akademii jak i całej utopii, w której żyje. Poznajemy historię Adama i jego relacji z robotem. Ten sprytny zabieg pozwala na odwrócenie uwagi czytelnika do tego stopnia, że zakończenie jest prawdziwym strzałem między oczy. Choć, nie bez pewnych niedociągnięć: kilka naprawdę niewielkich nieścisłości, które w niczym nie przeszkadzają. Ot, szczegóły!
Ale fajne jest to, że książka w prosty sposób stara się zadać kilka niewygodnych pytań. Czy naukowcy słusznie przestrzegają przed wynalezieniem SI? Czy faktycznie nie dojdzie do tego, że zaawansowana sztuczna inteligencja uzna życie organiczne za nic nie warte, niższe i godne jedynie zniszczenia? Jesteśmy lata świetlne od Matrixa i jego wizji organicznych, ludzkich bateryjek. Wracamy do starej, dobrej szkoły, że roboty zwyczajnie ludzkość zamiotą pod dywan. I o ile kiedyś jeszcze rządził etos wojownika broniącego opartych na węglu istot, o tyle teraz coraz częściej pojawia się głos, że być może ewolucja wręcz nakazuje nam zniknąć, gdy pojawia się silniejszy, lepszy i inteligentniejszy byt. Taki, który przede wszystkim jest pozbawiony wad moralności, religii i współczucia. Pozbawiony jest ułomności organicznego ciała, podatnego na bakterie, wirusy i ogólną śmierć. Zwyczajnie lepszy i potężniejszy. Czy my – ludzkość – nie powinniśmy potulnie usunąć się w cień przed silniejszym, jak zrobili to Indianie w Amerykach?
Podobają mi się też próby wyobrażenia sobie, jak by mogło wyglądać takie zwyczajne, codzienne życie takich „sztucznych inteligencji”. Jak skonstruowały by sobie świat, skoro wszystko, dosłownie wszystko, co znają, pochodzi od ich organicznych przodków? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Albo czy zastanawialiście się, jakby wyglądała moralność i religia, gdyby nagle ludziom nie były potrzebne ciała? Uważacie, że tak samo, jak do tej pory? Myślę, że każdy jeden aspekt naszej cywilizacji wymagał by całkowitego przewartościowania. Taki Matrix, wbrew pozorom, nie jest ponurą wizją. Ludzie tam przynajmniej jeszcze istnieją.



środa, 2 września 2015

Piąta fala; Rick Yancey

Inwazja kosmitów na Ziemię. Miodny temat, ale przewałkowany tak intensywnie, że ciężko tu stworzyć coś nowego i świeżego. Ale bardziej, niż przebieg samej inwazji ciekawiła mnie wizja obcych. W tej materii to dopiero jest ciężko. Konkurencja postawiła poprzeczkę wysoko, popkultura ma swoje archetypy i nienaruszalne świętości. Sama idea "pierwszego kontaktu" to jedna z najbardziej fascynujących idei jaka istnieje w literaturze, nie tylko sci fi. Pisarze mają naprawdę wielkie pole do popisu.
A Rick Yancey ma to wszystko gdzieś.
Natknąłem się na tę książkę szukając czegoś świeżego. Przeczytałem kilka pochwalnych recenzji, zaopatrzyłem się w książkę i z wielkimi nadziejami ruszyłem w podróż. Lubię te tematy: ziemia zniszczona przez obcych, ludzie walczą o przetrwanie, zamiary przybyszów są nieznane, przetrzebiona ludzkość się jednoczy i tak dalej, i tak dalej. Tematyka o  niewyczerpalnej ilości kombinacji.
Ale Rick Yancey ma to wszystko w dupie.
Przeczytałem wcześniej tegoż autora całkiem ciekawą i zmyślną książkę Monstrumolog. Sprawna warsztatowo, ciekawa i przyjemna. Pomyślałem sobie, że Piąta fala da przynajmniej to samo.
Tak ogólnie rzecz biorąc jest to rzecz plasująca się gdzieś pomiędzy Hunger games a sagą Zmierzch. Ze wskazaniem na Zmierzch. Ta książka robi kosmitom to, co Zmierzch zrobił wampirom (taką recenzję też spotkałem na zagranicznych stronach). Ale jeśli ktokolwiek z was był na tyle odważny, że przeczytał Intruza tej pani od wampirów, będzie miał wyobrażenie o tym, co tu może się dziać.
To naprawdę nie jest nic więcej, niż romansidło dla nastolatków ubrane w płaszczyk sci fi. I to niezbyt wysokich lotów, pełne logicznych dziur i nieścisłości od których momentami bolą zęby. Sami kosmici… Cóż… Może nie będę zdradzał tej fascynującej i głębokiej prawdy, jaką objawia nam autor, który najwyraźniej o jeden raz z dużo przeczytał Kontakt i o jeden raz za mocno wczuł się w Dzień niepodległości, aż wszystko mu się pomieszało. A najgorsze są te dualizmy. Trochę jestem człowiekiem, i trochę nie jestem. Trochę jestem nieśmiertelny, ale trochę nie jestem. Trochę cię kocham, ale trochę nie, a ogólnie to ty tego nie zrozumiesz. I tak przez całą książkę. Naprawdę, po stu stronach zaczynam kibicować kosmitom niszczącym ludzkość. Może o to autorowi chodziło?
Same postacie do sztampa, że szkoda gadać. Nastolatka z kompleksami. Tajemniczy przystojniak z zadbanymi dłońmi w chacie pośrodku lasu. Szkolny lowelas, który przeszedł szkołę życia. I młodszy braciszek ratowany przez wszystkich naraz. Naprawdę, po trzystu stronach to jedyne, co mogę powiedzieć o postaciach z którymi spędziłem koniec świata!
Ale żeby nie było, że się tylko znęcam i pastwię. Jest w tej książce kilka plusów. Na pewno czyta się błyskawicznie. Na pewno czyta się lekko. Sam pomysł ma potencjał, ma coś intrygującego. To coś zostało co prawda koncertowo skopane i zaklejone ckliwościami, ale coś w tym jest. Gdzieś, zakopane głęboko. Nie wiem jeszcze, co to jest. Jakiś niepokój, może brud. Coś, co daje nadzieję na drugi tom i trzeci, który w drodze. I film, który też w drodze, po którym nie spodziewam się absolutnie niczego pozytywnego.
Musicie pamiętać, zanim sięgnięcie po tę pozycję: to książka dla nastolatków, o nastolatkach i napisana przez dobiegającego sześćdziesiątki nastolatka, który wcześniej pisał raczej mroczne fantasy. Naprawdę, nie znajdziecie tam nic więcej. Przyjemna, momentami intrygująca, ale w ogólnym rozrachunku mocno rozczarowująca.  
A najbardziej wzruszającym momentem powieści jest historia z posłowia, gdzie autor pisze, że podczas pisania książki zdechł mu pies.  




środa, 26 sierpnia 2015

John ginie na końcu; David Wong

David Wong to kolejny amerykański self made. Publikował swoją książkę na blogu, pisząc ją nocami, podczas gdy dniami wypełniał tabelki dla wielkiej korporacji. Jak sam o sobie mówi, nie ukończył żadnego kursu pisania, nie ma żadnego przygotowania aby napisać książkę, nawet nie umie dobrze angielskiego. Propozycję wydania potraktował jako żart.
No i w końcu wydali mu książkę. I nakręcili całkiem przyzwoity film na podstawie owej książki. Jakkolwiek nakręcenie filmu na podstawie takiego szaleństwa jest pomysłem co najmniej szalonym, to udało się. Film i książka.
Nazwisko Wong jest najczęściej występującym nazwiskiem na planecie Ziemia. Wiedzieliście o tym? podobno imię David też jest dość popularne i tak autor tłumaczy przybranie takiego pseudonimu: aby ciężko było znaleźć cokolwiek na jego temat w sieci.
Jako projekt blogowy z pewnością książka miała sens. Nie trzeba było czytać za jednym zamachem i nieraz przymykać oko na niespodziewane zwroty akcji czy niedopowiedzenia czy wręcz nieuzasadnione niczym skróty i duchy z maszyn, które nagle rozwiązują akcję albo pchają ją na inne, wygodniejsze dla autora tory. Nie mniej jest to rzecz naprawdę godna uwagi i tak zwyczajnie, po ludzku fajna. Ale przede wszystkim to szaleństwo totalne.
Nie da się opowiedzieć, tak w skrócie, o czym jest ta książka. Zwyczajnie nie da się, mimo, iż jest to łatwiejsze, niż się wydaje. Na tym polega cała sprzeczność tej opowieści: jest ona jedynie urywkiem czegoś większego. Autor stworzył miodne uniwersum, które gdzieś tam, w pewnym momencie, zaczęło żyć własnym życiem. Zauważyliście to życie? Pewnie nie. Nie ma strachu. Zapewne nikt nie zauważył.
Przez kilka lat opowieść leżała sobie odłogiem i czekała. Gdy w końcu David Wong się za nią zabrał, powstało istne szaleństwo. Trochę horror, trochę sci – fi, trochę Monty Python. Wszystko zalane solidną porcją psychodelicznego sosu sojowego.
Bo właśnie sos sojowy odgrywa w książce główną rolę. Jest to czarna substancja z innego wymiaru, która sprawia, że człek widzi i słyszy rzeczy, których normalnie nie ma. A raczej są, ale w innym wymiarze, który usilnie stara się przedostać do naszego. Intencje obcego wymiaru nie są tak wprost jakoś szczególnie złe, ale z pewnością ich punkt widzenia rzeczywistości odbiega od naszego. Następuje konflikt interesów i potyczka dwóch wymiarów. Ten drugi wymiar dowodzony przez „komputer z gówna i szamba” (sic!) chce zbawić nasz wymiar. Tak mniej więcej, bo poziom szaleństwa jest zbyt wysoki. Gadające psy, ludzie zmieniający ciała, demony w blond perukach i nieustanna i całkiem słuszna szydera z Limp Bizkit: wszystko tu jest. Skaczemy po wymiarach, wskrzeszamy zmarłych, rozmawiamy z nawiedzonymi pastorami z innych światów. A w tym wszystkim tytułowy John oraz niejaki David Wong, są niczym para z Supernatural; gonią i zwalczają demony z innych wymiarów. Naprawdę, miodne i czekające na dalszą eksploatację uniwersum.
A napisane? Cóż.. Prosto, tyle wystarczy powiedzieć. Absolutnie prosto. I żywo, jakbyśmy słuchali opowieści przy dobrej wódce o niesamowitych przygodach w krainie czarów. Ma to sens i się sprawdza.

Jest kontynuacja, czy raczej, inna opowieść z tego uniwersum. This book is full of spiders. Jest więc nadzieja na przyszłość, że to nie koniec. W końcu, wbrew wszystkiemu, John wcale nie umarł i ma się całkiem dobrze.  

Absolutnie w drodze wyjątku zamieszczam okładkę, która reklamowała film. Okładka książki jest czerstwa jak płyty Limp Bizkit, więc wstyd zamieszczać. Natomiast okładka z filmu... Miód! 

I jeszcze wypada zaprosić na stronę autora. Kilka ciekawych rzeczy i dużo żartów o kupie: http://www.cracked.com/ 


wtorek, 11 sierpnia 2015

Rzeka tajemnic; Dennis Lehane

Wygląda na to, że Dennis Lehane to złote dziecko Hollywood. Tak, jak kiedyś Michel Crichton. Mówiono o nim, że wystarczy, że napisze na ścianie „Ziutek jest głupi” a zaraz przyjdzie Spielberg i to sfilmuje. Lehane ma podobną przypadłość.
Nie tylko jest autorem Rzeki tajemnic ale przede wszystkim fenomenalnej Wyspy tajemnic, którą równie fenomenalnie sfilmował Scorsese. Ale to nie wszystko, bowiem jest on również autorem całkiem fajnej książki Gdzie jesteś, Amando? (też sfilmowanej) oraz Brudnego szmalu. Zarówno książka jak i adaptacja filmowa tego ostatniego to rzecz naprawdę wybitna. Natomiast miłośnicy seriali z pewnością kojarzą The Wire. Tak, tak, Dennis Rozrabiaka jest autorem scenariusza to tego serialu. To powinno wystarczyć aby uzmysłowić sobie, że Lehane pisarzem jest nieprzeciętnym i niezwykle zdolnym.
Rzeka tajemnic intryguje. Nie jest to pełnokrwisty kryminał, gdzie śledztwo co i rusz sprowadza na głowę czytelnika kolejne zwroty akcji albo makabryczne opisy zbrodni. Nie jest to też powieść, która goni za sensacją, choć tej nie brakuje. Nie jest to też opowieść pełna akcji i strzelania z pistoletów oraz brawurowych pościgów. Rzeka tajemnic jest natomiast wspaniałą powieścią balansującą na granicy traktatu filozoficznego, przypowieści o zbrodni i karze oraz mylnych wrażeniach jakich można się nabawić oceniając ludzi poprzez swój pryzmat.
Zasadniczo jest to opowieść o trójce przyjaciół. Jeden z  nich jako dziecko zostaje porwany wprost z ulicy przez dwóch mężczyzn podających się za policjantów. Pozostała dwójka bezsilnie się przygląda jak ich kolega zostaje uprowadzony. Cztery dni później powraca jako bohater, chłopak, który uciekł z szopy w środku lasu, w której był przetrzymywany. Nie trzeba dodawać, co mogło się z nim.
Chłopcy dorastają. Jeden z nich zostaje policjantem, jeden kryminalistą, który wyszedł na prostą, a porwany chłopiec zostaje nieco zwichrowanym i nie zawsze radzącym sobie z rzeczywistością facetem ściganym przez dawne demony.
Córka naprostowanego kryminalisty pewnej nocy zostaje zamordowana. Śledztwo prowadzi, co oczywiste, pierwszy z kolegów. Nie trzeba długo czekać, by podejrzenie padło na zwichrowanego, porwanego za młodu, mężczyznę.
Dramat iście antyczny: każdy z nich ma swoje za uszami, nikt nie jest niewinny, nikt nie jest ani zły, ani też dobry. Autor myli tropy, celowo prowadząc podejrzenia a stronę zwichrowanego mężczyzny. Wiadomo, coś przeskrobał. Tej nocy, której dokonano morderstwa, wraca do domu zakrwawiony. Żona go kryje. Policjant sprawdza, choć wierzy w jego niewinność, a zrozpaczony ojciec szuka zemsty. Znajduję ją, ale jakim kosztem?
Rzeka tajemnic to kryminał moralnego niepokoju. Akcja sączy się jak dobry alkohol. Autor nie wprowadza wątków na łupu cupu, delikatnie je dozuje budując fenomenalną atmosferę, lekko oniryczną i pełną subtelnych obserwacji amerykańskiej rzeczywistości. Tak jak powiedziałem: jest w niej coś z ducha delikatnego traktatu filozoficznego, zastanowienia się nad ideą zbrodni i kary, nad ich słusznościami i bezsensami. Trójka bohaterów prowadzi ze sobą dziwną grę, w której wszystkie karty wydają się odkryte, ale tak naprawdę nic nie jest jasne.
Najbardziej fascynuje w tej opowieści jej dwuznaczność. W pewnym momencie samo śledztwo schodzi na dalszy plan, a wybija się ogólna myśl nad ludzką kondycją oraz tym, jak demony przeszłości wpływają na nasze, teoretycznie dorosłe, decyzje.
Mimo, iż w pewnym momencie wszystko wydaje się jasne, zakończenie jest sporym zaskoczeniem.

Wspaniała książka.


poniedziałek, 27 lipca 2015

Ready Player One; Ernest Cline

Rzeczywistość, ogólnie rzecz biorąc, jest przereklamowana. Grafika co prawda daje radę, ale fabuła jest do dupy. Główny quest sprowadza się do prozaicznego sex, sleep, eat, drink, dream, a zadania poboczne są do dupy raczej. I tak ciężko awansować na kolejny poziom, nie mówić o zdobywaniu skili. No i co by nie gadać, nie masz żadnych, ale to żadnych szans na jakikolwiek magiczny item. Słowem, dupa blada!
Właśnie dlatego powstała rzeczywistość wirtualna. Właśnie dlatego jest tyle gier, które nadają rzeczywistości inny smak. Albo całkowicie od niej izolują (hikikomori w krajach Orientu to plaga, która powoli zaczyna zaglądać na Zachód). Można uprościć całą sprawę i powiedzieć, że Internet to zło, że gry to zło, że technika to zło. Może to i prawda, ale czy w takim razie rzeczywistość jest taka wspaniała, że nie trzeba od niej uciekać?
USA przyszłości to ponure miejsce. Nie ma roboty, miasta bankrutują, ludzie biedni mieszkają w izolowanych osiedlach przyczep kempingowych, a tylko najbogatsi mogą mieszkać w znośnych domach. W takich warunkach poznajemy bohatera. Jest nim młody chłopaczek, Waden Watts (ja uważam, że to nazwisko nie jest przypadkiem, ale nie mam dowodów). Jest sierotą, a większą cześć życia spędza w OASIS, rzeczywistości wirtualnej. W tej rzeczywistości chodzi do szkoły, poznaje przyjaciół, zakochuje się, słowem: żyje.
Twórca tej rzeczywistości przed śmiercią przygotowuje cykl zagadek. Każdy, kto je rozwiąże, zdobędzie całkowitą kontrolę na firmą i, co za tym idzie, całym OASIS. Oczywiście, nasz bohater rusza aby tę zagadkę rozwikłać.
Tu zaczyna się zabawa. Zagadka jest bowiem skonstruowana tak, że tylko prawdziwy maniak i znawca popkultury, głównie z lat osiemdziesiątych, będzie w stanie ją rozwikłać.
I właśnie ta książka jest wielką orgią popkulturową. Są tu chyba wszystkie możliwe nawiązania do gier, filmów, teledysków i muzyki oraz książek sciencie fiction jakie powstały w latach osiemdziesiątych albo miały na  nie bezpośredni wpływ. Oczywiście, mowa tu o popkulturze amerykańskiej, więc ja, wychowany w latach 90’ w Polsce o połowie tych rzeczy nie miałem pojęcia. Zwłaszcza o Japońskich anime, które do Polski docierały raczej dość opornie i nie w takiej ilości, co w USA. I choć Polonia 1 swego czasu robiła co mogła, aby i u nas zakorzenić pewne przejawy tego specyficznego segmentu, to jednak nie było to na zbyt wielką skalę.
A w książce jest tego tyle, że bez Internetu ani rusz. Gry z automatów, platformówki, komiksy, mangi; wszystko tu jest i jest tego tak dużo, że sama akcja schodzi na dalszy plan.
Rzeczywistość tu wykreowana jest tak wspaniała, że przez dłuższy czas nie dostrzegałem nic, co by miało być jakąkolwiek przestrogą. I, szczerze mówiąc, dalej mam wątpliwości, czy jakakolwiek jest. Jeśli jest to antyutopia, to bardzo delikatna. Głównie chodzi o przygodę, którą przeżyć można tylko w rzeczywistości wirtualnej. Przygoda natomiast nie daje wytchnienia. Gna i pędzi na złamanie karku, jak w starych platformówkach, których nie można zapauzować ani zapisać postępu w trakcie. Trzeba przejść poziom. W innym przypadku zaczynasz od początku.
A jednak jest w tej pięknej wizji martwy piksel. Świat opisany w książce ma zachwiane proporcje. Rzeczywistość wirtualna stała się ważniejsza, lepsza i ładniejsza. Świat jest brudny i zdegenerowany, nie dziwota więc, że ludzie uciekają w OASIS. Tam tworzą sobie lepszy, doskonalszy obraz samego siebie. Tam łatwiej zdobyć przyjaźń, miłość, uznanie. Znacie to przecież!
Autor jednak nie potępia takich postaw. Rozumie je. Wskazuje natomiast alternatywę, dość oczywistą przecież, czyli wylogowanie się. Nic nowego. Słyszymy to ciągle, na około. Ale ten problem zaczyna być widoczny naokoło. Rośnie przecież pierwsze pokolenie całkowicie wychowane na gadżetach: mają niemal od urodzenia podczepione tablety, smartfony, laptopy. Grają i żyją w świecie, którego formalnie nie ma. Internet je wychowuje. Czy wychowa pokolenie pustaków emocjonalnych? Współcześnie dzieciaki już nie zapamiętują informacji, a jedynie odnośniki do tych informacji. Internet przekształca ich mózgi, zmienia sposoby zapamiętywania i uczenia się. Spłyca logikę i każe oczekiwać natychmiastowych odpowiedzi. Jak nauczyć cierpliwości oczekiwania na cokolwiek, skoro każdy film, płytę czy książkę mogę mieć od zaraz? Jak nauczyć wyobraźni, skoro można ją mieć w kieszeni zamiast w głowie? Brzmi strasznie? Przyzwyczajajcie się. Jest duża szansa, że nasze dzieci takie będą. Powykręcane przez fale wi fi, majaczące na granicy dwóch światów, chore na urojenia. Wyglądając przez okno będą chciały przybliżyć obraz albo zmienić ekran ruchem palca. Sam widziałem dzieciaki, które podchodziły do telewizora i szurały palcem po ekranie chcąc zmienić kanał. To niby nic strasznego. Można się uśmiechnąć pod nosem i powiedzieć, że to tylko dziecko. Mały głuptas, oduczy się. Czy aby?  
Celowo nie mówię wiele o samej książce. Jest cudowną, prostą i przyjemną przygodą dla każdego, kto wie, kim był Roy Batty. To pikselowa bomba atomowa. Rozczarowanie światem jednak nie przekłada się na moralizowanie, że świat trzeba zmienić. Jasne, że trzeba. Tak, jak trzeba się wylogować, przynajmniej od czasu do czasu. Nic nie zastąpi kontaktu biologicznego i nie mówię tylko o sferze seksualnej. Autor zdaje się pokładać wielkie nadzieje w rozsądku ludzi. Może i słusznie, a może i nie.  Rzeczywistość jest do dupy, ale to jedynie miejsce, gdzie dają przyzwoite żarcie.



środa, 22 lipca 2015

1Q84; Haruki Murakami

Murakamiego długo nie mogłem ugryźć. Ciężko mi było do niego trafić. Jego styl nie przemawiał. Pomysły drażniły, a całość zdawała się być trochę lepszym Coelho. Nie rozumiałem zachwytu, jaki wzbudzał. Fakt, że najczęściej jego książki widywałem u ludzi raczej młodych wiekiem i duchem, ewentualnie takich, co wcześniej podkochiwali się w Whartonie  i Carrollu i lubili „fajne książki z domieszką magii”. A ja nie potrafiłem.
Do samej 1Q84 zabierałem się ze cztery razy, może więcej. Czytałem kilka pierwszych stron i zwyczajnie przestawałem czytać. Nie to, że jakoś wybitnie mnie odrzucało. Nie, nic z tych rzeczy. Raczej nie mogłem znaleźć w tych pierwszych stronach punktu zaczepienia, który by sprawił, że zechciałbym z bohaterką podążyć dalej. Bohaterką, bo przecież po raptem dwudziestu stronach można dojść do wniosku, że książka ta ma tylko bohaterkę, która uwikłana jest w szemrane interesy.
Ale pewnego dnia, jako, że jestem zawzięty człowiek i lubię dokańczać książki, które już raz zacząłem, usiadłem i dokończyłem. I okazało się to nad wyraz łatwe i bardzo przyjemne.
Nadal uważam, że nie jest to książka wysokich lotów. Nie jest to też rewelacja, która daje do myślenia albo „robi rewolucję”. Nic z tych rzeczy. To nadal jest wysokiej klasy czytadło, właśnie w stylu Carrolla.
Cóż my tu mamy? Poza oczywistym nawiązaniem do Orwella, które wcale w tekście tak oczywiste nie jest, mamy historię kobiety i mężczyzny. To zawsze są historie o kobietach i mężczyznach, chciałoby się zacytować klasyka. Kobieta, Aomame, jest kimś na kształt mścicielki skrzywdzonych, mężczyzna, Tengo, jest początkującym pisarzem. W jego ręce trafia manuskrypt powieści napisanej przez młodą dziewczynę, on ten manuskrypt poprawia, ktoś inny go wydaje i zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe. Drogi bohaterów schodzą się ponownie, bo okazuje się, że znali się wcześniej. Na niebie pojawiają się dwa księżyce, z pyska zdechłej kozy wychodzą Little People, takie przeciwieństwo Wielkiego Brata, i robią Powietrzną Poczwarkę, która natomiast… Ale nie będę zdradzał.
Czasem gdy opowiadam znajomym o jakiejś książce, brzmi to zwyczajnie idiotycznie. Ta książka też brzmi idiotycznie, ale idiotyczna nie jest ani przez moment, czyta się ją bowiem naprawdę znakomicie. Nie wiem, na ile jest to mistrzostwem tłumacza, ale styl powieści jest jasny i klarowny, bez fajerwerków, ale też przyjemnie balansujący na granicy kiczu.
Jest w tej książce odpowiednia dawka zarówno romansu, jak i fantastyki. Jest kilka problemów społecznych i solidna dawka japońskiej obyczajowości z lat 80’, co, moim zdaniem, wypada najciekawiej. Są świetnie skrojeni bohaterowie i logiczna, przemyślana akcja, mimo umiejętnego zacierania granicy pomiędzy fikcją a realnością (oczywiście, fikcją i realnością w świecie powieści). Nie ma niepotrzebnych wtrętów, całość trzyma się kupy bardziej niż rewelacyjnie. I, co najważniejsze, czyta się świetnie.
A jednak jest w Murakamim coś, co sprawia, że po jednej takiej powieści nie mam ochoty na kolejną. Potrzebuję przerwy. I to mnie dziwi, bo nie jest to powieść jakoś wybitnie intensywna albo dająca po synapsach. Zwykłe, lekko zabarwione fantastyką czytadło o dziwnych ludziach. Więc dlaczego, po przeczytaniu tej książki, która na dodatek mi się podobała, mam dość?

Zastanawiam się nad tym i nie umiem odpowiedzieć.

Okładkę postanowiłem zaprezentować zagraniczną. Chyba najładniejsza.