piątek, 5 maja 2017

Piknik na skraju drogi, Arkadij i Boris Strugaccy

Kosmici przylecieli, kosmici polecieli. Nikt nie wie, po co przylecieli, kim byli ani dlaczego odlecieli. Zostawili za sobą trochę śmiecia, jak to zwykle bywa po wizytach: jakieś tajemne urządzenia, artefakty o nieznanych, cudownych właściwościach, rzeczy, które zmieniły świat i posunęły go do przodu. Ale to tylko śmiecie, pozostałości, a ludzie rzucili się na nie jak na zbawienie. 
W miejscach, w których wylądowali utworzyły się Strefy, miejsca dziwne i tajemnicze, pełne anomalii, chronione przez wojsko, zawsze chciwe nowoczesnych technologii. Nieliczni śmiałkowie zapuszczali się w Strefę. Poruszali się po niej ostrożnie, badając teren przed sobą przez rzucanie metalowych przedmiotów. Strefa była dla nich miejscem zarobku, ale też doświadczenia mistycznego, religijnego. Szanowali ją. Nazywano ich stalkerami. Książka opisuje historię jednego z nich, Reda Shoeharta, który wyrusza w kanadyjską Strefę w poszukiwaniu mitycznej Złotej Kuli, która rzekomo spełnia marzenia.
Stalker Tarkowskiego, luźno oparty na Pikniku, to dla mnie jeden z TYCH filmów: perfekcyjny, piękny i mądry w prosty, niewymuszony sposób. O "stalkerach" jako serii gier, które jeszcze luźniej nawiązują do Pikniku, nawet nie będę wspominał, bo tłukę w nie nieustannie i uwielbiam ponad wszystko. Zresztą, "stalkery" perfekcyjnie przenoszą klimat Strefy jako lądowań kosmitów w Zonę, która otacza elektrownię w Czernobylu, ale to temat na osobną notkę.  
Wracając do książki: Piknik, jak i większość książek Strugackich, nie oszałamia, gdy czyta się go pierwszy raz. Sam pamiętam swoje pierwsze spotkania z ich pisarstwem, gdzieś w głębokim liceum. Nie powalało nic a nic. Dopiero po czasie uświadomiłem sobie, jak mocno zakorzeniły się we mnie te historie, jak nierozerwalne się stały. Idea kosmitów, którzy lądują na Ziemi nie dla spotkania z ludzkością, lecz niejako przypadkowo, przelotem, robiąc sobie "piknik" jest wspaniała, wspaniale bolesna dla naszego zadufania jako gatunku. Być może to prawda, że nikt tu nie zagląda, na Ziemię, tylko dlatego, że jesteśmy jakimś kosmicznym odpowiednikiem plemienia, które ledwo ledwo wynalazło koło, a już uważa się za pana nieskończonych przestrzeni. Jak te owady, które włażą na koc piknikowy, zostawiony w lesie, nie rozumiejąc do kogo należy ani skąd się wziął. Ani skąd obfitość pokarmów na nim pozostawionych. Owad zapewne nie jest świadom istnienia człowieka. 
Właśnie te proste, gorzkie puenty są najcenniejsze w ich książkach. Dają do myślenia, włażą do głowy na lata i skutecznie leczą z zadufania, że człowiek w skali kosmosu cokolwiek znaczy. Równie dobrze może być muchą zlizującą lukier z ciastka na pikniku bogów. Choć przecież wszyscy wiedzą, że bogiem jest być jeszcze trudniej. 



piątek, 28 kwietnia 2017

Helisa, Marc Elsberg

Rozmawiałem niedawno z kolegą:
- Dlaczego już nie piszesz recenzji?
- Bo jakoś nie mam weny. Poza tym chciałbym, aby moje recenzje były trochę bardziej rozbudowane niż jedno zdanie. 
- Pieprz to, pisz jedno zdanie. Tyle tego czytasz, ciągle gadasz o książkach, to pisz, co czytasz. Ludzie piszą, co jedli, choć nikogo to nie interesuje. 
- Chyba już od dawna nikt  nie pisał, że coś jadł. 
- Stary, masz w takim razie normalnych znajomych na fejsie. 

No to postanowiłem pisać choćby jedno zdanie o każdej książce, jaką przeczytam. Tak właśnie. Z racji tego, że pisanie jednego zdania chyba nie leży w mojej naturze, zdań będzie więcej. 
Helisa powinna być dobrą książką. Jak byłem małym, ledwo odrosłym od biblioteki dziecięcej szczylem, rzuciłem się na czytanie tego, co mogło zainteresować dzieciaka marzącego o zostaniu biologiem morskim lub paleontologiem: na Michaela Crichtona. Do dziś pamiętam, jak olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie Kula i, oczywiście, Park Jurajski. Dosłownie nie mogłem spać po nocach, tak bardzo rozpalały mnie wizje zamieszczone w jego książkach. Połykałem nawet "zwykłe" sensacje, jakie pisał, ale dwie wspomniane książki stawiam za wzór tego, jak napisać thriller naukowy dobrze i sprawnie. Dlatego za każdym razem, gdy sięgam po książkę typu Helisy przywołuję Kulę i zastanawiam się, kto w końcu pobije tamte emocje. Co prawda obie książki nie mają za wiele ze sobą wspólnego i pewnie ich porównywanie nie ma najmniejszego sensu, ale cóż poradzę, skoro zawsze, ale to zawsze Crichton będzie dla mnie wzorem? 
Helisa  jest wszędzie. Elsberga od czasów Blackout reklamuje się nawet w tramwajach i w poczekalni u lekarza, więc ciężko było przejść obok niej obojętnie, nawet, jeśli obojętnie przechodziłem obok Blackout. Pisarz to na wskroś współczesny, sięga po ciekawe i frapujące tematy, a w Helisie podjął się tematu zmian genetycznych, klonowania i ogólnego grzebania w genach. Byłem ciekaw: czy będzie to ekologiczne mambo - jambo, że gmo sieje zło, czy racjonalna polemika z tematem. Cóż, okazało się, że tak do końca to ani jedno, ani drugie. Ale w zasadzie nie to jest najważniejsze. W końcu nie oceniam pracy naukowej, a książkę. Przedmiot, który ma mi dostarczyć wrażeń i rozrywki. I wrażeń, owszem, dostarcza, ale z rozrywką już gorzej. Bo wrażenia, jakie miałem, to nieustanna irytacja na drewniane, sztuczne dialogi i niemożliwą niemal do wytrzymania infantylność stylu opowieści. Ja rozumiem, że nie muszę  być zasypywany miliardem naukowych terminów (choć wolałbym tak, z odpowiednimi odnośnikami i bibliografią, tak jak to czyni Peter Watts) ale Elsberg traktuje czytelnika jak kretyna albo Amerykanina, bowiem Helisa to literacki odpowiednik Dnia niepodległości, ale tej drugiej, okropnej, straszliwie okropnej części. Próba wyłuskania z Helisy czegoś konstruktywnego jest próbą nauki historii sztuki na podstawie Dana Browna. Jeśli ma coś ciekawego do powiedzenia, to niech lepiej napisze rozprawkę do gazety. Naprawdę, przerabiam mnóstwo pulpowego science fiction niskich lotów, napisanego tak, że woła o pomstę do nieba, ale napisanego z jakąś, nie wiem, szczerością, chęcią, pasją? U Elsberga nie ma ani tego, ani tego, ani tym bardziej pasji. Okropna książka. 
Na okładce książki jest napisane: oni nas zastąpią. Chciałbym, aby ktoś zastąpił Elsberga. Najlepiej, aby to był Crichton. 




sobota, 21 stycznia 2017

Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk

Dlaczego człowieka tak ciągnie do pisania o książkach, jakby nie wystarczało samo ich czytanie? Ano pewnie dlatego, że są takie książki, które przeczytane nijak nie chcą się w głowie ułożyć, chcą natomiast, aby człowiek - czytelnik wstał i szedł w świat mówiąc, że to dobra książka, że to właśnie warto czytać. 
Przeczytanie tej właśnie książki wyczerpało mnie. I nie jest to bynajmniej złe uczucie, raczej satysfakcja, jak z ukończenia maratonu albo czegoś w tym stylu; wysiłek, który absolutnie wart jest podjęcia. Mogę śmiało powiedzieć, że książka to kompletna, choć pozostawia dziwny niedosyt, co chyba świadczy o tym, że gdyby historia w niej opowiedziana miała być kompletna, książka byłaby co najmniej dwa, może trzy razy grubsza. Zwyczajnie nie da się jej opowiedzieć krócej, nie da pobieżniej. Zbyt wiele szczegółów, postaci, lat, krajów i religii. Początkowo miałem wrażenie, że czytam jakieś fantasy, dziejące się na dziwnej, nieznanej planecie, opisujące świat, który niby znam, ale przecież nie znam wcale. Cóż my wiemy o religii Żydów? Nic. Ja, jako statystyczny Polak, nie wiem nic. Słowa: koszerny, jarmułka, pejsy. Chanuka, Święto Trąbek, Tora i Talmud. Religia nakazów i zakazów, starsi bracia chrześcijan, wierzący ciągle, że Mesjasz nadejdzie. I być może nadszedł, w osobie Jakuba Franka, urodzonego na Podolu jako Ja'akow Josef ben Juda Lejb Frank.
Co ciekawe, Frank twierdzi, że jest trzecim z kolei Mesjaszem, ostatecznym zbawicielem, Jezusem Parakletem. Przyjął wszystkie wielkie religie i sam stworzył jedną mniejszą. 
Więc czytam jego historię, historię ówczesnego państwa Polskiego i ludzi w nim żyjącym, czytam o tych wszystkich, którzy zetknęli się z Jakubem Frankiem i na których ten miał wpływ. I przez cały czas mam wrażenie, że niewyobrażalne jest, iż naprawdę istniał taki świat, tuż pod naszymi nosami, który wydaje się dziś równie realny jak Władca Pierścieni. Największą siłą Ksiąg Jakubowych jest opisanie świata w sposób oszałamiająco szczegółowy i opowiedzenie historii językiem transparentnym, niemal suchym, lecz jednocześnie porywającym, bo sama historia jest niesamowita i nierealna. Można ją spokojnie potraktować jako traktat historyczny i filozoficzny, jako księgę niemal mistyczną. Niby jest to opowieść o Jakubie Franku, ale samego Jakuba Franka wydaje się być w książce zbyt mało. Większość czasu spędzamy z ludźmi, którzy krążą, często nieświadomie lub wbrew sobie, wokół niego jak księżyce wokół potężnego Jowisza. Oni opowiadają jego historię. Oni budują świat i jest to świat tak prawdziwy, że aż bolesny. 
To zresztą nie jest nawet pełna historia. To zaledwie punkt wyjścia do historii, jednej, drugiej, setnej, tysięcznej. Punkt wyjścia do wszystkich postaci, jakie spotykamy. Do ludzi, do ich życiorysów, do ich tajemnic. Głównym bohaterem książki jest tak naprawdę epoka, w której wydarzyły się te wszystkie rzeczy. Niezwykły świat, niby po części nasz, a przecież tak obcy i odległy. Skoro tak naprawdę nie wiemy nic a nic o judaizmie, to jak mamy pojąć jego herezje? Zawsze jednak warto próbować. 





wtorek, 10 stycznia 2017

Polaroidy z zagłady, Paweł Paliński

Zimno, wilgoć i gorączka. Bierni czyli żywe trupy czyli poczciwe zombie. Polska, miasto S. a w nim Teresa Szulc, ostatnia osoba na Ziemi. Jest sama i walczy: o przetrwanie, o jedzenie, a przede wszystkim walczy z własnym ciałem.
Poetyckie postapo? Tak najprościej Polaroidy z zagłady określić. Ale zbyt duży byłby to skrót. Powieść jest niezwykle sugestywna, bezpośrednia i brutalna i, co mnie najbardziej rzuciło się w oczy, bardzo organiczna. Zimno, wilgoć i gorączka. To powieść, która chowa się za szczegółami, za drobnostkami, które, w przypadku, gdy jesteś sześćdziesięcioletnią panią walczącą o przetrwanie, urastają do rangi całych światów. Wszystko ma znaczenie. Każdy poranek może być ostatnim. Każda puszka zupy na wagę złota. Każda przeterminowana tabletka aspiryny może uratować życie. To właśnie jest prawdziwa walka o przetrwanie, nie wymachiwanie pistoletem, lecz przedzieranie się przez opustoszałe miasto pełne psich stad, z Biernymi czającymi się w mroku. 
Bo są Bierni. Bierni to coś na kształt zombie, ludzie zarażeni wirusem powodującym otępienie i agresję. Mamy o nich co nieco wspomniane, lecz przez większość książki są raczej tłem dla zmagań Teresy z codziennością. I taka właśnie jest ta książka, zwykła. Codzienna. Ale przez niezwykłe okoliczności i niezwykłą narrację staje się niezwykła. Aż po jeszcze bardziej niezwykły finał, tak wspaniale kontrastujący z subtelnością dotychczasowej narracji. Subtelnością, która jest naturalistycznie brutalna. 
To nie jest lektura, która wywala jakieś nieotwarte dotąd drzwi. Nie wnosi nic nowego ani do postapo, ani do zombie, ani do niczego innego, ale umiejętnie korzysta ze zdobyczy popkultury łącząc elementy w taki sposób, w jaki nikt u nas chyba jeszcze nie łączył. Choćby dla czystej ciekawości warto, a nawet trzeba przeczytać. 


czwartek, 15 września 2016

Dzieci Diuny, Frank Herbert

Lubię pisać o Diunie, bo daje mi to nie tyle okazję do przypomnienia sobie tej genialnej serii, ale też mogę sobie do woli pomstować na film Lyncha. Ja wiem, że nie winą Lyncha była tragedia ostatecznego efektu, ani nawet nie winą Stinga, który w filmie całkowicie rujnuje wyrazistą postać Feyd-Rautha, ani nawet uwielbiany przeze mnie na co dzień i w niemal każdej innej roli Kyle MacLachlan, którego Paul Atryda jest zdecydowanie zbyt szlachetnym młodzieńcem i patrząc na niego w filmie nijak nie idzie mi sobie wyobrazić, że jako Imperator rozpęta religijną wojnę, która pochłonie 90 miliardów ludzi w znanym Kosmosie. Nie pasuje mi również Max von Sydow jako Stilgar z jednego, prostego powodu: ma zbyt dobroduszną twarz jak na starego, cwanego planetologa, który w ostateczności... Ale nie uprzedzajmy faktów. Być może zabłąkają się tu dusze, które nie czytały Diuny.
Dzieci Diuny to moja ulubiona część. Idealnie łączy politykę i wartką akcję, zakańcza wątki zaczęte lub pozostawione w dwóch pierwszych tomach i niejako stanowi zakończenie historii o początkach panowania Atrydów na Arrakis. Kolejna część przenosi nas trzy tysiące lat wprzód, ale nie uprzedzajmy faktów.
Paul Atryda odszedł na pustynię, jego dwór rozpadł się, władzę przejęła jego siostra, Alia, Paskudztwo. Obdarzona nadnaturalnymi zdolnościami jest, podobnie jak jej brat, wszystkimi wcieleniami rodu Atrydów jednocześnie. A to oznacza, że jest też Harkonnenem, a podstępny baron Vladimir nawet po swej śmierci nie odpuści Atrydom. Dzieci Paula natomiast, bliźnięta Leto II i Ghanima również posiadają takie zdolności, ale unikają przyprawy aby nie rozbudzać w sobie przyszłowidzenia. Oczywiście, intryga się zagęszczą, gdy pojawia się ród Corrinów, starający się złamać monopol Atrydów na przyprawę poprzez próbę przenoszenia czerwi na inne planety, bo gdzie czerw tam przyprawa. Na to wszystko, z dalekiej pustyni, przybywa ślepy Fremen, który podaje się za proroka i wieszczy przyszłość rodu Atrydów.
Są zdrady, intrygi, mnóstwo śmierci i sporo tej cudnej i specyficznej filozofii Diuny. I, co najważniejsze, powieść ani na moment nie zwalnia tempa. Jest po prostu doskonała. 


niedziela, 29 maja 2016

Metro 2033; Dimitry Glukhovski

Pamiętam, jak byłem nastolatkiem, to strasznie jarałem się Mad Maxem i Falloutem. Pod koniec lat 90' dostałem od kogoś (bo już nie pamiętam od kogo) pierwszego Fallouta i to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć pamiętam, że przez dłuższy czas męczyłem się z samą grą nie mogąc jej przejść. Ta miłość do Fallouta trwa do dziś i jest, lekko mówiąc, na tyle nienasycona, że nawet, skądinąd całkiem zmyślne Wasteland 2 nie zdołało jej zaspokoić. I gdy na horyzoncie pojawiło się Metro 2033 ze swoim konceptem apokaliptycznego świata, w którym ludzkość ukrywa się w pozostałościach moskiewskiego metra, z jedna komora mojego serca podskoczyła z radości, a druga zadrżała z obawy. Glukhovski był wtedy jeszcze pisarzem nieznanym, nic o nim nie wiedziałem i chyba w Polsce mało kto wiedział, a raczej nikt. 
Zachwycałem się już tym szalonym Rosjaninem przy okazji Futu.re, która to książka naprawdę wzbudziła mój niekłamany zachwyt. A mimo to słynne Metro 2033 odkładałem na bliżej nie określone kiedyś. To kiedyś właśnie nastąpiło.
W zasadzie mógłbym powtórzyć wszystkie ochy i achy jakie miałem przy okazji Futu.re. Metro 2033 to absolutnie zachwycająca książka, ale pod jednym warunkiem: trzeba puścić kierownicę, założyć ręce za głowę i nie dziwić się niczemu, co stanie na drodze. Metro 2033 to bowiem jazda bez trzymanki, wspaniała i brutalna, a jednocześnie nie pozbawiona specyficznej poetyki jaka jest możliwa tylko wtedy, gdy autor postanowi uśmiercić świat. Ponadto jest to świetna satyra na ludzkie społeczeństwo, szukanie pocieszenia w zdewastowanym świecie, szukania odpowiedzi na fundamentalne i ponadczasowe pytania o zło i dobro. Oto bowiem historia młodego Artema, który ni z gruchy, ni z pietruchy dostaje misję ocalenia metra, staje się metaforyczną i metafizyczną wędrówką nie tyle przez moskiewskie metro, które jest ostoją ludzkości po zagładzie atomowej (czy ostatnią ostoją? Autor tego nie mówi, ale sugeruje, że nie) ile jest to wędrówka przez świat całkiem nam współczesny, przeszły i przyszły, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Spotykamy więc komunistów, faszystów, satanistów, świadków jehowy i wierzących w Wielkiego Czerwia, spotykamy tajemniczych czarnych, największe zagrożenie dla Metra, wreszcie, spotykamy bibliotekarzy, którzy nimi nie są i stalkerów, którzy jako jedyni wychodzą na powierzchnię. W otchłaniach metra czają się dzikie potwory, zmutowani ludzie i bóg jeden wie, co jeszcze, bowiem moskiewskie metro liczy sobie ponad trzysta kilometrów tuneli, jest więc dość miejsca na wiele potworów. Artem wędruje przez ten zrujnowany świat spotykając coraz to różne indywidua, walcząc z potworami oraz z tajemniczą siłą mieszkającą w ruinach Kremla (ach, cóż to jest za kapitalny wątek!). Artem dodatkowo ma pewną specyficzną cechę: słyszy Metro. Głosy w jego głowie mówią mu, że nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Zakończenie książki dosłownie poraża: niby spodziewałem się mniej więcej takie właśnie zakończenia, ale i tak zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie.  
Mówiąc krótko: mamy tu istny fajerwerk pomysłów, mniej lub bardziej oryginalnych, ale zawsze trafionych w punkt i pasujących idalnie. Akcja nie grzęźnie w niepotrzebnych dłużyznach, a liczne polityczno- filozoficzne wstawki są krótkie i celne niczym Simo Hayaha podczas wojny zimowej. Wspaniały jest styl Glukhovskiego, swobodny, niemal bezczelny, nadający nowy blask wypranym, zdawałoby się, motywom znanym z postapo. Nawet, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż ostateczny kształt książki wiele zawdzięcza fanon i czytelnikom, z którymi niemal na bieżąco autor konsultował kolejne rozdziały, to i tak mamy powieść wspaniałą, która doskonale zaspokaja apetyty każdego, kto głodny jest kolejnego, (nie)pięknego końca świata. 



środa, 25 maja 2016

Ostatni statek z planety Ziemia; John Boyd

Zaskakująca lektura. Co by się stało, gdyby Romeo i Julia rozgrywał się w alternatywnej rzeczywistości, w której lasery i inne kosmiczne technologie wymyślono już za czasów Lincolna, a obecny świat (lata sześćdziesiąte w powieści) są epoką lotów kosmicznych, a samo społeczeństwo podzieliło się na kasty zgodnie z wykształceniem (matematyków, poetów, socjologów itp.). I, oczywiście, jedni z drugimi nie mogą się wiązać, kochać ani tym bardziej mieć dzieci. Oczywiście, główny bohater powieści, Haldan IV z matematyków zakochuje się w Helixie z poetów. Stajemy więc przed oczywistym dramatem, i tego można spodziewać od początku: główny bohater zostaje złapany i skazany w myśl panującego prawa na wygnanie na odległą, mroźną planetę przekornie nazwaną Piekło. Dodatkowo odkryto u niego syndrom Fairweather'a, który to był przywódcą stłumionej już rebelii przeciwko kastowemu społeczeństwu. Ale, ale, wypada jeszcze wspomnieć (i dla mnie jest to najbardziej fascynujący wątek), że społeczeństwo jest teokracją opartą na naukach Jezusa, politycznego agitatora, który zginął w wieku sześćdziesięciu lat podczas szturmu na Rzym. Zabito go strzałem z kuszy, więc kusza jest symbolem Jezusa. Wszelkie podobieństwa do krzyża są zamierzone. 
Przeciwko takiemu społeczeństwu nasz bohater będzie się buntował. 
Alternatywna historia przedstawiona w tej powieści dziś raczej nie miałaby większego sensu. Poza oczywistym nawiązaniem do Huxleya, książka raczej snuje rozważania natury religijnej i pyta o sens sztuki w skrajnie uporządkowanym świecie, ale i to nie jest jej główną osią. A główną osią jest... Jeśli mam wskazywać, to wskazałbym na prozaiczne "bądź sobą". W dużym uproszczeniu, zakończenie książki bowiem przynosi odpowiedź na inne, ważkie dla popkultury pytanie: kim, do cholery, był Żyd Wieczny Tułacz? Zastanawiacie się, co jedno z drugim ma wspólnego? Pozornie nic, i dlatego właśnie czytałem tę książkę z niekłamaną radością i zainteresowaniem: co chwila zaskakiwała mnie czymś nowym. Kolejna perełka, która nic a nic się nie zestarzała. 


sobota, 16 kwietnia 2016

Terror, Dan Simmons

Każda próba zdefiniowania książek Simmonsa jest z góry skazana na niepowodzenie, bowiem ten człowiek fenomenalnie lawiruje pomiędzy gatunkami, z każdego czerpiąc to, co najlepsze i, balansując często na granicy kiczu, tworzy oszałamiające konstrukty powieściowe, pełne szaleństwa i czystej poezji. Jego światy to twory dziwne, często nierzeczywiste, ale zawsze skonstruowane tak, że można dopuścić ich istnienie, gdy tylko wykażemy się wystarczającą wyobraźnią. 
W Terrorze jest nieco inaczej. Powieść to "przyziemna" w tym sensie, że dzieje się na Ziemi, jaką znamy, a raczej jaką znać możemy z książek historycznych. Jest to opowieść o wyprawie dwóch statków, HMS Terror i HMS Erebus, w celu znalezienia przejścia pomiędzy Kanadą a Arktyką w połowie XIX wieku (1845 - 1848). Zarówno statki, jak i załoga są prawdziwe w tym sensie, że niemal wszyscy bohaterowie powieści istnieli naprawdę i faktycznie na owych statkach się znajdowali. 
Zaczyna się jak klasyczna powieść przygodowa i przez jakiś czas faktycznie nią jest: statki tkwią w lodzie i obserwujemy życie załogi, która stara się sobie jakoś poradzić w tych trudnych warunkach. Duszna atmosfera zagubienia, wiecznego zimna i ciemności oraz barwnych opisów odmrożeń towarzyszy nam przez cały czas. Smród niemytych, ludzkich ciał zamkniętych na małej przestrzeni niemal wylewa się przez litery. Załoga walczy nie tyle z mrozem, co z monotonią i głodem. Ale autorowi to nie wystarcza i dodaje do powieści coś, czego ja osobiście nigdy wcześniej nie spotkałem: folklor Eskimosów. Na statku przebywa bowiem Eskimoska, młoda dziewczyna z wyciętym językiem, której rodzina została zabita a ona sama przygarnięta przez załogę statku. Otacza ją nimb wiedźmy. Zostaje nazwana Lady Ciszą. Dodatkowo niektórzy członkowie załogi donoszą, że w pobliżu obu statków kręci się potwór. Może jest to tylko nadzwyczaj wielki niedźwiedź polarny, a może coś dużo gorszego. Bestia zostaje nazwana Terrorem i systematycznie przetrzebia stan załogi, wśród której zaczyna panować atmosfera przerażenia i paranoi. Dodajmy do tego przerażające zimno i wieczną ciemność i mamy murowany przebój. Skojarzenia z Coś są może i uprawnione, ale Simmons podąża bardziej metafizyczną drogą w konstrukcji swojego potwora. Sięga właśnie po folklor Eskimosów, aby uzasadnić jego istnienie. Załoga walczy o życie, potwór grasuje, a rola tajemniczej Eskimoski w tym wszystkim do samego końca pozostaje tajemnicą. 
Sama konstrukcja książki jest nieliniowa. Kolejne rozdziały opisują historię z punktu widzenia kolejnych członków załogi, pozwalając nam wybrać swoich ulubieńców i tych, których chcielibyśmy rzucić Terrorowi na pożarcie. Daje to opowieści fajną plastyczność, pozwalając spojrzeć na te same wydarzenia oczami różnych ludzi. 
Najważniejszy jednak jest klimat. Ten bowiem jest wprost niesamowity. Dawno nie czytałem książki, która by sprawiła, że gęsia skórka pojawiła mi się na skórze. Simmons kreuje mistrzowski klimat klaustrofobii i paranoi, dojmującego strachu i przerażenia ludzi, którzy stają oko w oko z nieznanym, a mimo to walczą do samego końca, a przy tym pozostaje powieścią na wskroś rozrywkową, którą połyka się błyskawicznie mimo słusznego gabarytu. Plus niesamowity, metafizyczny finał, który początkowo zupełnie mi nie pasował do całości, ale gdy odłożyłem książkę i pozwoliłem jej pobłąkać się po mózgu, zaczął pasować tak idealnie, że teraz nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek innego zakończenia. 
A w jednym momencie odłożyłem książkę, bo zwyczajnie się przestraszyłem. A jeśli książka potrafi przestraszyć, to znak, że coś się dzieje. 
Reasumując: mistrzostwo w każdym calu, misz masz gatunków, począwszy od XIX wiecznej powieści awanturniczej, przez horror, dokument, sci-fi, a na Eskimoskich klechdach skończywszy. Wszystko przepięknie zmieszane, balansujące na krawędzi i urywające łeb podczas czytania.    



wtorek, 5 kwietnia 2016

Trudno być bogiem; Arkadij i Borys Strugaccy

Wszechświat to ponure miejsce. Zdobywa się go z trudem i mozołem i nie zawsze się to opłaca. Chodź sama ludzkość weszła w "wiek szczęśliwy" i pozbyła się głodu, wojen i dogmatów religijnych, reszta kosmosu zdaje się nie podzielać tego szczęścia. Więc ludzkość leci w kosmos krzewić idee humanizmu, a przynajmniej stara się to robić. Akcja Trudno być bogiem dzieje się na planecie zamieszkałej przez humanoidalne istoty będące na poziomie mniej więcej ziemskiego średniowiecza. Na tej planecie przebywa Don Rumata, czyli Anton, Rosyjski badacz, pełniący rolę obserwatora i dokumentalisty na owej zacofanej względem ludzkości planecie. I cóż my tu mamy? 
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że ta cała fantastyczna otoczka jest zbędna. I bez niej mamy dość ciekawą historię obcego przybysza, który podszywa się pod kogoś, kim nie jest, zakochuje się, ma wrogów i przyjaciół i stara się odnaleźć w chaosie obcości kawałek swojej przestrzeni. Plany krzyżuje mu religijny przewrót, w którym może stracić nie tylko życie, ale - przede wszystkim - ukochaną kobietę. Prosta historia, która sama w sobie jest opowieściowym samograjem. Ale dzięki geniuszowi Strugackich ta prosta historia przeinacza się w ponurą i okrutną opowieść o człowieczeństwie, władzy i religii. O miłości i poszukiwaniu szczęścia i przyjaźni w obcym świecie, a raczej o tym, ile właściwie te uczucia znaczą, gdy nie jest się tym, za kogo cię uważają. Prawdziwość wobec nieprawdziwego. Don Rumata czyli Anton miota się między powinnością naukowca a możliwością boga. Mając bowiem do dyspozycji ziemską technologię mógłby zmienić bieg wydarzeń na prymitywnej planecie, ale wie, że nie może tego zrobić. Musi pozostawić życie swojemu biegowi. Może jedynie się przyglądać. Działanie byłoby złamaniem zasad, które mu przyświecają. I właśnie ten wewnętrzny konflikt bohatera, jego nieustanne miotanie się, niezdolność do złamania zasad i jednoczesna niezdolność do nie robienia niczego, czyni z tej książki coś wielkiego. Ciężka, brudna i przytłaczająca opowieść o beznadziei bycia bogiem, gdy nic się nie może zrobić. O beznadziei bycia bezstronnym obserwatorem, który, niczym robot, musi wykonać swoje zadanie bez względu na konsekwencje. Wreszcie, o beznadziei bycia człowiekiem, który te wszystkie zasady łamie. 
Metafizyczna przypowieść, piękna, szczera i uniwersalna. 


wtorek, 22 marca 2016

Przekleństwa niewinności; Jeffrey Eugenides

Są takie książki, których nie można zapomnieć. Niepozorne, oszczędne w formie i zdaniach, jakie sączą się z ich kart, niespieszne w narracji. Pozornie nic nie znaczące. Ale odłożone jątrzą myśli na podobieństwo nieznośnych kropel wody. W hałasie codzienności łatwo o nich zapomnieć, ale w ciszy wracają. Jak duchy, albo jak wyrzuty sumienia. 
Przekleństwa niewinności to właśnie taka powieść. Subtelna, delikatna i zwiewna, która kryje w sobie ponury, tragiczny rdzeń samobójstwa pięciu córek pewnego zwykłego małżeństwa z przedmieść Grosse Pointe w stanie Michigan. Autor niemal od razu odkrywa przed nami wszystkie karty, nie bawiąc się w zagadki i niedopowiedzenia: w domu państwa Lisbon pięć córek popełnia samobójstwo. Naprawdę, wiedza o tym na samym wstępie dodaje książce niezwykłej siły przekazu, siły i jednoczesnej bezsilności, gdy obserwujemy nieporadne działania bohaterów. Najpierw zabija się najmłodsza Cecilia. Podcina sobie żyły, ale zostaje uratowana by kilka tygodni później wyskoczyć z okna i nadziać się na żelazny płot. Rodzice stopniowo izolują pozostałe córki od całego świata, a odizolowane stają się postaciami niemal mitologicznymi w oczach nastolatków, zwłaszcza chłopców, którzy za wszelką cenę starają się do owych mitycznych stworzeń dotrzeć. Od pierwszych stron jednak wiemy, że te starania są bezskuteczne: pozostałe córki żyją otoczone nimbem śmierci swojej siostry i same też dążą do zagłady. 
Obserwujemy je i jej rodzinę oczami nastolatków, zadurzonych w siostrach chłopców z sąsiedztwa i szkoły, którzy jak to zakochani chłopcy - widzą w dziewczynach trochę boginie, trochę demony, a najbardziej cielesne i ciepłe istoty z innego wszechświata. Chłopcy gubią się we własnych uczuciach, popełniają błędy próbując ratować pozostałe przy życiu siostry poprzez organizowanie zabaw czy ucieczek z domu, ale my, czytelnicy, wiemy, że nie ma to żadnych szans. Siostry umarły już dawno. Ich fizyczna śmierć w gruncie rzeczy niczego nie zmienia. Może tylko daje znak, że to już koniec marzeń. 
Piękna książka. Piękna tym bardziej, że napisana subtelnie, niemal poetycko, a mimo wszystko przytłaczająca i ponura. I okrutna, ale takim dziecięcym okrucieństwem, które często ze swego okrucieństwa nie zdaje sobie sprawy. Debiut Jeffreya Eugenidesa, choć słabszy warsztatowo od jego późniejszych książek, wciąż wydaje mi się najmocniejszą i najszczerszą jego powieścią. 

Notka na marginesie: temu, kto przetłumaczył tak fenomenalny tytuł jakim jest The Virgin Suicides na to banalne Przekleństwa niewinności należy się włożenie poślinionego palca w ucho. Ja wiem, że piękno i wieloznaczność oryginalnego tytułu jest niemal nieprzetłumaczalne, ale ja już wolę banalne Samobójczynie, pod jakim też została książka wydana.  


Przestrzeń objawienia; Alastair Reynolds

Space opera początkowo wzbudzała we mnie niechęć, póki nie uświadomiłem sobie, że przecież i Fundacja i Diuna to w dużej mierze space opery właśnie. Zresztą, któż nie lubi dobrego tasiemca? 
Na Reynoldsa trafiłem przypadkiem, całkiem niedawno, szukając na Goodreads czegoś do czytania. I znalazłem gościa o nazwisku Alastair Reynolds, byłego astronoma który postanowił zostać pisarzem. Nie napalałem się na nic wyjątkowego. Dostałem za to coś dużo więcej, niż wyjątkową serię książek. W miarę zgłębiania się w pierwszy tom, który miał być tylko niezobowiązującym oddechem pomiędzy kolejnymi tomami Diuny, historia i uniwersum wykreowane przez Reynoldsa pochłonęło mnie jak czarna dziura światło. Ochom i achom nie było końca, pomimo, iż tak obiektywnie patrząc, nie jest to książka ani wybitna ani nowatorska. Jest za to perfekcyjnie skonstruowana, przystępnie napisana i diabelnie wciągająca, z bohaterami, do których chce się wracać. 
Ogólne wprowadzenie jest takie: mamy XXVI wiek. Ludzkość oderwała się od Ziemi i zaludniała planety w odległości kilkudziesięciu lat świetlnych wokół Słońca. Ludzkość, która podzieliła się na kilka odłamów, różniących się głównie stopniem modyfikacji własnych ciał, nigdzie nie natrafiła na choćby ślad inteligentnego życia, za wyjątkiem ruin dziewięciu cywilizacji, które zginęły w tajemniczych okolicznościach. 
Akcja dzieje się na kilku planach, także czasowych i ma kilku bohaterów: Dan Sylveste, archeolog, który bada jedną z wymarłych cywilizacji i stara się rozwikłać tajemnicę jej wymarcia. 
Załoga statku "Nostalgia za nieskończonością", zmodyfikowana pod kątem wieloletnich podróży międzygwiezdnych. Statek dowodzony jest przez kapitana zarażonego tak zwaną Parchową Zarazą, która powoduje, iż jego organizm łączy się z samym statkiem, powodując groteskowe, barokowe w formie zmiany w jego konstrukcji. 
Wreszcie, w mieście o wdzięcznej nazwie Chasm City, najemnik Ana Khouri zostaje wynajęta przez tajemniczą Mademoiselle aby przeniknąć na "Nostalgię za nieskończonością". Jej celem jest zamordowanie Sylvesta... 
Co ciekawe, każda z postaci książki zaczyna nie tylko w innym miejscu, ale też w innym czasie, aby doprowadzić do finałowej konfrontacji wszystkich ze wszystkimi i jeszcze jednym, tajemniczym pasażerem "Nostalgii za nieskończonością", który przedstawia się jako Złodziej Słońca...
Niebywale precyzyjnie skonstruowana, także pod względem naukowym. Nie bawi się w zbędną psychologię czy filozoficzne dywagacje o moralności ludzi z dalekiej przyszłości. Po prostu konstruuje fascynujący wszechświat i wrzuca w niego czytelnika bez zbędnych wyjaśnień. Te przychodzą w miarę czytania; zbieranie i układanie kolejnych fragmentów uniwersum daje zresztą niemałą frajdę, tym bardziej, że początkowo można się nieco pogubić w trzech liniach czasowych, w których działają bohaterowie. 
Jest w tej książce coś, co sprawiło, że czułem żal z jej zakończenia, jak po końcu wciągającego serialu. Bo choć książka nie zmusza do jakichś wyjątkowych przemyśleń, jest jedną z najbardziej uzależniających serii, jakie przyszło mi czytać w życiu. Dla fanów Battlestar Galactica i Mass Effect pozycja obowiązkowa. Zobaczycie, ileż pomysłów się tam przeplata. Wspaniałe, doskonale napisane science fiction. 


środa, 2 marca 2016

Krąg; Dave Eggers

Dave'a Eggers'a śledzę od początku, od Wstrząsającego dzieła kulejącego geniusza, która to książka jest dla mnie niesamowicie ważna i wpływowa. Późniejsze jego książki odbierałem różnie. Nie robiły tak wielkiego wrażenia, a może ja ciągle pozostawałem pod wpływem genialnego debiutu i porównywałem do niego wszystko. Aż do teraz.
Krąg może nie jest powieścią wybitną, jest natomiast powieścią na wskroś współczesną i przez to przerażającą wyrocznią. Oto młoda dziewczyna, Mae Holland, dostaje pracę w największej firmie USA i całego świata (bo USA jest przecież całym światem, czyż nie?) o nazwie Circle. Circle robi wszystko: tworzy portale społecznościowe, wdraża nowoczesne technologie, broni lasów deszczowych i chce zmieniać ludzkość poprzez stworzenie jednolitego, przejrzystego społeczeństwa, gdzie każdy może dzielić się wszystkim w sieci. Brzmi znajomo?
Mae Holland jest ambitna i stara się jak najszybciej piąć w górę korporacyjnej drabiny. Robi to poprzez dzielenie się postami, lajkowanie, zostawianie komentarzy i odpowiadanie na setki pytań klientów.
Założycieli firmy nazywa się Mędrcami a grupę najbardziej zaufanych doradców Bandą Czterdzieściorga.  Firma mieści się w pięknym, nowoczesnym kampusie gdzie każdy jest monitorowany, każdego można znaleźć w kilka sekund, gdzie wszystkie informacje są jawne. Mae, oczywiście, to wszystko bardzo się podoba i z wielkim zaangażowaniem poświęca się pracy, wspominając często swoją starą, niedobrą pracę w której miała jeden komputer z jednym monitorem.
Ogólnie książka specjalnie nie zaskakuje, jeśli chodzi o styl. Wpisuje się doskonale w nurt utopijny z pamiętnym 1984 na czele, do którego to dzieła chyba mu najbliżej. Zamiast Wielkiego brata mamy wszędobylskie kamerki i aparaty komórkowe. Są i chwytliwe hasła: "Prywatność to kradzież", "Dzielenie się to troszczenie" się itp. itd. Ciarki przechodzą po plecach, ale skądś to znamy, prawda?
Korporacja przedstawiona w książce bardzo silnie kojarzy się z Apple i Google. Ale czyż nie są to dwie najbardziej rozpoznawalne na świecie korporacje które aspirują do władzy nad naszymi duszami? Fikcyjna korporacja w książce Eggersa chce stworzyć jeden profil do wszystkiego: lekarz, ubezpieczenie, prawo jazdy, dowód, nawet głosowania miałyby się odbywać przez profil Circle. Wymogiem jest całkowita przejrzystość. Politycy zgłaszają się do programu przejrzystości i noszą na szyjach kamerki rejestrujące wszystko, co robią i z kim się spotykają. Wszelkie zdjęcia, filmy, nawet najbardziej intymne są powszechnie dostępne dla każdego. Nie ma prywatności. Nie ma anonimowości. Jest tylko Circle.
Oczywiście, nie wszyscy się na taki stan rzeczy godzą, jednak sprzeciw jest przez autora potraktowany dość pobocznie i jakby nie ma większego znaczenia. Jakby autor dawał do zrozumienia, że wszelki sprzeciw i tak jest zbędny i nie ma szans wobec siły miliona ludzi korzystających z Circle i chcących pełnej przejrzystości. Główna bohaterka spotyka na swej drodze tajemniczego anarchistę, który ostrzega ją przed  konsekwencjami dominacji jednej korporacji na świecie, ale jest w tym pewien haczyk: tajemniczy anarchista zdaje się nie istnieć... 
Konstrukcja książki jest prosta jak prezentacja w power point, ale nie w tym tkwi jej siła. Siłą jest sugestywny i prosty opis przerażającej rzeczywistości, która nadejdzie (a może już jest), w której niemożliwe będzie istnienie w realu bez konta w wirtualnej rzeczywistości, w której wszystkie informacje i czyny ludzi będą jawne, gdzie anonimowość będzie niemal zbrodnią. 
Ale jest jeszcze coś. Fenomenalne opisy zachowań ludzi w sieci, instynktów stadnych oraz powierzchownego traktowania chyba wszystkich przejawów życia. Świetna jest scena, w której główna bohaterka boi się wysłania "skrzywionej buźki" w ramach dezaprobaty dla działań rządu w Kambodży sądząc naiwnie, że ma to jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Takich smaczków w książce jest mnóstwo. 
Prosta, niezwykle sugestywna rzecz. Czy prawdziwa? To niech już każdy z was oceni, smutną lub uśmiechniętą buźką. 


niedziela, 10 stycznia 2016

Koniec dzieciństwa; Artur C. Clarke

Uwaga! Tekst zawiera śladowe ilości spoilerów! 

Łe! Nie ma laserów! Co to za science fiction, jak nie ma laserów? W Gwiezdnych wojnach są lasery! No tak, wszakże sam dziadzio Wells lasery do gatunku wprowadził i one się tam zadomowiły jak bezdomne koty w piwnicy bloku. 
Artur C. Clarke nie pisał si fi z laserami, choć zdarzało mu się nie raz niszczyć świat albo światy. Pisanie Clarka jest na wskroś klasyczne, co oznacza, że skupia się na człowieku postawionego wobec wyzwań nowoczesności, technologii, kosmosu a przede wszystkim, postawionego wobec samego siebie. Jego proza jest prosta, ale pełna mistycyzmu, filozofii i religii. Jest niezwykle humanitarna i "łagodna". To klasyk pełną gębą, dzięki któremu rozpoczęła się moja przygoda z gatunkiem, głównie przez Spotkanie z Ramą i właśnie Koniec dzieciństwa: dwie wspaniałe książki, które może i nieco się zestarzały i rozminęły z postępem technologicznym, ale dalej są tak po ludzku piękne. 
Powinienem jeszcze raz podkreślić filozoficzność i mistycyzm tej prozy. I jeszcze raz powiedzieć, że nie ma tu laserów, pościgów a kosmici są tak dobrzy, że aż źli. Dlaczego? Bowiem słysząc o adaptacji Końca dzieciństwa, zacząłem się zastanawiać, jak taki temat się dziś obroni, w świecie nastawionym na akcję, gdzie szczytem filozoficznego sci fi jest bełkotliwe Walking Dead
Książka opisuje przybycie kosmitów na Ziemię. Nad kilkoma miastami zawisają olbrzymie statki, a poprzez wszystkie odbiorniki radiowe na Ziemi zostaje nadany komunikat, że odtąd Ziemia na Nadzorców. Nadzorcy zaczynają władzę nad Ziemią od zlikwidowania wojen, nierówności, przemocy wobec zwierząt i chorób. Traktują ludzi z pobłażliwością i sympatią, jednak odmawiają ukazania się, twierdząc, że ludzkość nie jest na to gotowa. Oczywiście, nie wszyscy przystają na taki plan, więc powstaje grupa, która chce zmusić Nadzorców do opuszczenia Ziemi, ale ci błyskawicznie dają sobie z nimi radę. Na planecie zapanował pokój, dobrobyt i równość, ale coś za coś. Jednocześnie zaniknęła potrzeba badań naukowych i tworzenia sztuki. Powstają Nowe Ateny, miasto, gdzie ludzie "żyją po staremu", tworząc i rozwijając się w miarę możliwości.
Co ciekawe, Nadzorcy nie zabronili tworzenia sztuki. Wobec powszechnego dobrobytu i braku trudności ta potrzeba zaniknęła samoistnie. Jedyne, czego Nadzorcy zabronili to badań kosmosu. Gwiazdy nie są dla ludzkości, mówi jeden z Nadzorców. Gdy po pół wieku takiego życia, kosmici decydują się ukazać ludzkości swoją prawdziwą postać, z trapu statku kosmicznego wychodzi.... 
No właśnie, tu leżał ten problem, którego się obawiałem. Clarke był przeciwnikiem zorganizowanych religii, czemu dał w Końcu dzieciństwa wyraz dość mocno. Jednocześnie jego proza, jak już wspomniałem, jest na wskroś przesiąknięta mistycyzmem, religijnością niemal nieuchwytną. Tą religią może być nauka, ale może nią być sam człowiek, który jest dla Clarka siłą tajemniczą i niepowstrzymaną oraz niepewną swojego statusu moralnego. Zło i dobro są często po tej samej stronie. Zastanawiałem się, oglądając serial i czekając momentu, gdy obcy pokażą się. To, co broni się na papierze, w filmie bronić się niekoniecznie musi. Obcy bowiem wyglądają jak... demony. Są to wielkie istoty, koloru ciemnej czerni z wielkimi, skórzastymi skrzydłami i ogonami, które noszą owinięte wokół szyi. Oczywiście, twórcy serialu dokonali kilku zmian i ich kosmita jest jeszcze bardziej demoniczny niż sam demon, żywcem wycięty ze starych bestiariuszy i biblijnych sztychów. Ludzkość przeżywa oczywisty szok, ale ponieważ w sumie i ostateczności przecież zażegnali wojny, głód i nierówności, mogą wyglądać jak tam sobie chcą. Ludzkość akceptuje ich wygląd, a kosmici kumplują się z Ziemianami, odwiedzają ich, rozmawiają lecz ciągle nie do końca są jasne powody ich przybycia. Te, oczywiście, poznamy na samym końcu. 
W serialu poniekąd poznajemy je w pierwszej scenie, gdzie jeden z bohaterów siedzi na zniszczonej kanapie pośród szczątków zniszczonego świata i mówi, żebyśmy o ludzkości pamiętali. Wniosek nasuwa się sam: ludzkości już nie ma. Serial ogólnie dokonuje wielu uproszczeń oraz wprowadza niezbędny (sarkazm i ironia) wątek wielkiej miłości oraz wielkiej religii. Oba wątki są dość łopatologiczne i moim zdaniem stanowią najsłabszy punkt serialu. Tym bardziej, że w książce wątku miłosnego nie ma w ogóle, natomiast wątek religijny jest mądry. Pada kilka ostrych słów pod adresem religii, którą, mówiąc oględnie, ludzkość potrzebuje jak ryba ręcznika. 
W ogóle serial stoi nieco w rozkroku. Proza Clarka nie nadaje się na robienie akcyjniaków, nie jest mroczna. Jej niepokój jest niepokojem człowieka stającego oko w oko z nieznaną, ale wciąż na swój sposób logiczną siłą. Bóg jest bytem niepojętym, tak bardzo zaawansowanym w swej ewolucji, że od boga mitycznego niemal nie odróżnialny. Dlatego obcy wyglądają jak demony; science fiction jest przebraniem, pod którym kryje się odwieczny dylemat ludzkości: jak pogodzić duszę z techniką. Obcy o wyglądzie diabłów przynoszą pokój? Owszem, ale pokój okupiony zaprzestaniem badań, zaprzestaniem sztuki, a czy nie ta właśnie ciekawość czyni nas prawdziwymi ludźmi? Ryzykowna teza: wojna i walka są tak bardzo skorelowane z ludzkim jestestwem, że bez nich tracimy tę ludzką cząstkę. Może właśnie to nieustanne drżenie świata i niepewność jutra każe nam z nadzieją spoglądać w gwiazdy, piąć się nieustannie w górę, doskonalić technologicznie? Pomimo prymitywnych odruchów, takich jak wojna i religia, czy może dzięki nim? Czy człowiek szczęśliwy, najedzony, niewalczący z niczym i nikim, leżący jak kot na piecu dalej jest człowiekiem w sensie duchowym czy tylko organizmem biologicznym sklasyfikowanym jako homo sapiens? Cieszy to, że serial porusza problem utopi, dobra tak wielkiego, że staje się złem, ale tych tematów jest przecież mrowie w kinie. Utopie i antyutopie wyskakują zza każdego rogu. Natomiast dobrego, metafizycznego sci fi, gdzie człowiek staje oko w oko wobec własnych ułomności, lęków i biologicznych ograniczeń już nieco mniej. Nawet ostatnie adaptacje Dicka, którego książki kipią od tych wątpliwości, sprowadzały się w sumie do tępych pościgów i bełkotliwych dialogów o przeznaczeniu, które jednak można zmienić. Koniec dzieciństwa stara się trącić inną strunę, tę bardziej subtelną i metafizyczną. Całkiem udanie, choć kilka rzeczy psuje efekt: nazbyt wyeksponowany motyw wybrańca, sprowadzenie motywu wiary do czarno - białego "wierz, bo Bóg to dobro" oraz nieznośnie patetyczna końcówka. Wróciwszy do książki tuż po obejrzeniu serialu zdałem sobie sprawę, jak karkołomne zadanie mieli twórcy. Tym bardziej brawa, że powstało sci fi smakowite, klasyczne i drażniące te rejony, których od czasu Kontaktu nikt w filmie nie trącał tak udanie i smakowicie, z naprawdę zaskakującym zakończeniem. 
A książka? Nieśmiertelny klasyk, który godnie i szlachetnie się zestarzał, a pod wieloma względami nadal pozostaje aktualny. 


piątek, 8 stycznia 2016

Diuna - Mesjasz Diuny; Frank Herbert

Pisząc o książkach nie lubię opisywać akcji, chyba, że w jakiś sposób jest to niezbędne. Znacznie przyjemniej pisze mi się o wrażeniach, jakie książka na mnie wywarła. I tak ostatnio sobie myślałem, czy takie pisanie ma w ogóle sens? Internet dotarł do punktu, w którym każdy ma swoją opinię na każdy temat i czy komukolwiek potrzebna jest jeszcze jedna? A potem pomyślałem: dlaczego by nie? Skoro Internet to takie wielkie miejsce, będzie tam i zakątek dla mnie! 
Gdy zetknąłem się z Diuną po raz pierwszy, nie zrozumiałem jej. Byłem młodym szczylem, zafascynowanym Clarkiem i Vonnegutem. Polityczna strona mnie zupełnie nie interesowała, poza tym za bardzo postrzegałem samą książkę przez pryzmat filmu, który kiedyś (wyznaję ze wstydem) niemal wielbiłem. Ale wielbiłem nie znając za specjalnie książki (biblioteka w moim rodzinnym mieście miała tylko pierwszy tom sagi), bo jak można sobie wyrobić zdanie o czymś tak złożonym i niejednoznacznym po jednej ledwie lekturze, nie mówiąc już o filmie, który nie jest ani złożony ani niejednoznaczny. Zresztą, przeczytanie pierwszego tomu, czyli Diuny nie daje zbyt wielkiego obrazu całości dziejów Paula Atrydy. Tym bardziej, że naprawdę ciekawe rzeczy zaczynają się dziać później, a Atryda niekoniecznie jest ich bohaterem.  
Teraz, jako człowiek nieco starszy i literacko bardziej doświadczony, przeczytanie Diuny sprawiło mi niemałą satysfakcję. Głównie za sprawą chyba najbardziej solidnie przygotowanego uniwersum, z jakim przyszło mi się spotkać. Samo uniwersum na pierwszy rzut oka nie wydaje się aż tak wielkie, jak, dajmy na to, w Gwiezdnych Wojnach. Jednak to pozór. Jego pozorna "niewielkość" jest znakomicie uzupełniona mnogością zależności, powiązań i politycznych intryg. Z jednej strony historia jest niemal baśniowa, bardzo mistyczna, z drugiej niezwykle brutalna, ale jej brutalność nie jest wysunięta na pierwszy plan. Jednak to, co najbardziej mnie zaskoczyło, to brak jakiegokolwiek podziału na dobrych i złych. To jest polityka i religia, tu wszyscy są dobrzy, gdy są po naszej stronie, a ci źli to po prostu inni. Paul Atryda nie jest postacią dobrą. Rozpętał dżihad, który pochłonął 60 miliardów ludzi na kilkunastu planetach. Jest rządzącym żelazną ręką tyranem, który ożenił się dla sukcesji. Własna matka nie utrzymuje z nim kontaktów, choć dzięki jej knowaniom i nieposłuszeństwu został w ogóle urodzony, gdyż nie wolno jej było rodzić synów, tylko córki. W końcu przeciw niemu samemu na Arrakis powstaje ruch oporu. Samo jego dojście do władzy, polityczna intryga, ale też wykorzystanie podstępów i broni atomowej aby zniszczyć wrogich Harkonnenów (którzy, w ostateczności, reprezentują po prostu inny rodzaj władzy) daje niezbyt oczywisty obraz owego wybrańca. 
Diuna i Mesjasz Diuny polityka, przygoda i fascynujący opis rdzennej ludności Arrakis czyli fremenów oraz ogólny wstęp do uniwersum Diuny. Obserwujemy jak Paul z dziecka staje się wybrańcem, imperatorem znanego Wszechświata i w końcu - tyranem. 
A wszystko napisane w precyzyjny sposób. Uwielbiam dialogi w tej książce. Moim skromnym zdaniem jedne z najlepszych, jakie czytałem. Sama proza czasem wpada w poetycki, nieco mistyczny ton ale to tylko dodaje smaku i kolorytu. Nie ma pod tym względem słabych stron. W ogóle pierwsze dwa tomy nie mają słabych stron. Nawiązania do kultury arabskiej, opisy religijnych zwyczajów czy historia uniwersum - wszystko jest doskonałe i fascynujące. 
Nie należę do osób, które koniecznie chcą filmować każdą książkę, jaka wpadnie im w ręce. Diuna jednak zasługuje na porządne podejście do tematu, tym bardziej, że aby zatrzeć pamięć o tym kuriozum Lyncha. Ten film z rasowej, politycznej, genialnie skonstruowanej powieści robi płaczliwą opowieść o osieroconym następcy tronu na obcej planecie. Dziwi mnie, że jeszcze żaden reżyser nie zakręcił się wokół tematu i nie wysmarował porządnego filmu. Murowany hit jak dla mnie. Gwiezdne Wojny się chowają. 



środa, 11 listopada 2015

Hyperion; Dan Simmons

Gdybym miał wybrać dziesięć najlepszych książek z kategorii sci – fi, jakie czytałem w życiu, Hyperion byłby w tej dziesiątce. I choć z pierwszego czytania nie wyłapałem wszystkich wątków filozoficzno – mistycznych, kolejne lektury odsłaniały coraz więcej. Ostatnia, sprzed dwóch tygodni, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to dzieło ponadczasowe, wciąż świeże i wspaniałe, w którym odnaleźć można niemal wszystko, co składa się na perfekcyjną powieść. Z niecierpliwością też czekam na zapowiedzianą ekranizację, która jednak co i rusz łapie obsuwy i obecnie jest chyba planowana gdzieś w okolicach 2017 roku.
Co najciekawsze, Hyperion nie ma jednolitej narracji ani akcji jako takiej. Obserwujemy siedmiu pielgrzymów podróżujących na planetę Hyperion. Pielgrzymują do Grobowców Czasu, tajemniczej struktury, która, ogólnie rzecz biorąc, "przybyła" z przyszłości. Wokół nich narosła legenda o niejakim Chyżwarze, kolczastym i czterorękim potworze który lubi nadziewać swoje ofiary na stalowe kolce jak dzierzba. Powstał nawet kościół czczący tegoż Chyżwara. Zresztą, w oryginale Chyżwar dzierzbą faktycznie jest czyli nazywa się Shrike, co dosłownie dzierzbę oznacza. Dzierzba to ptak o ciekawych zwyczajach: lubi nadziewać swoje jeszcze żywe ofiary na kolce krzewów lub na druty kolczaste wokół pastwisk. Pasuje? Pasuje.
Każdy z pielgrzymów opowiada swoją historię. Opowiadają o tym, co łączy ich z tajemniczym Chyżwarem, z Hyperionem oraz z Grobowcami Czasu. Pielgrzymów jest siedmiu: Kapłan, Żołnierz, Poeta, Uczony, Detektyw, Konsul i Kapitan, który nie zdąży opowiedzieć swojej historii. Każda z historii początkowo wydaje się niezwiązana ze sobą, ale to pozór. Simmons tka misterną sieć, naszpikowaną symbolami i zależnościami, niekoniecznie widocznymi na pierwszy rzut oka. Książka kipi od religijnych i filozoficznych rozważań, podanych ze smakiem, bez częstego w tym gatunku lania wody i moralizującego bełkotu. Simmons to nieludzko wręcz sprawny pisarz; to, co wyprawia w Hyperionie przyprawia o zawrót głowy. To, w jaki sposób wykorzystuje pewne, wydawałoby się, nielogiczne motywy (Drzewostatek, latające dywany czy odbudowana przez Sztuczną Inteligencję osobowość Johna Keatsa umieszczoną w ciele androida) i nadaje im sens czyni z niego mistrza układania w logiczną całość nijak nieprzystających elementów przy jednoczesnym zachowaniu literackiego mistrzostwa.
Co ciekawe, Hyperion nie zamyka niemal żadnego z wątków, jakie pojawiają się w opowieściach pielgrzymów. To książka, która jedynie zadaje pytania, całe mnóstwo pytań. Pielgrzymi docierają w końcu do Grobowców Czasu, ale tu książka się kończy. Na efekt ich pielgrzymki musimy poczekać do drugiego tomu.
Simmons jest nie tylko sprawnym rzemieślnikiem; Hyperion ma „to coś”, poetycką głębię, filozoficzny zamysł i nieposkromioną ciekawość . Z tą książką się żyje, a ona nieubłaganie żyje w tobie, dojrzewa i zmienia się. I wciąż jest. Raz przeczytana, nie odpuszcza, nie wychodzi z głowy.
I choć kolejne tomy nieco „spuszczają z tonu” jeśli chodzi o ową głębię, to nadal trzymają niesamowicie wysoki poziom z przebłyskami geniuszu i prawdziwej poezji. Ale o tym niebawem.


czwartek, 15 października 2015

Trawa; Sherri S. Tepper

Muszę uczciwie przyznać, że miałem z tą książką pewien problem. Niby jest tu wszystko, co potrzeba, aby stworzyć dobrą opowieść – tajemnica, ciekawy świat i wielu bohaterów. Ale coś tu zgrzyta.
Nie jest do końca tak, że to zła książka. Jest raczej dobrym przykładem tego, jak całkiem dobry pomysł pogrzebać po metrem niepotrzebnych szczegółów i całkowicie statycznej i niemrawej akcji. Dziesiątki opisów strojów, powitań oraz zwrotów grzecznościowych, kolorów krajobrazu i budynków sprawiały, że po skończeniu lektury pamiętałem jak bohaterowie wyglądali, ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć co właściwie robili i o co im chodziło.
A chodziło mniej więcej o to, że mamy mniej więcej wiek XXIII, ludzkość mieszka na mniej więcej pięćdziesięciu planetach o wdzięcznych nazwach Terra czy Pokuta, wszechświatem rządzi Świętość a tak ogólnie to ludzkość jest zagrożona, bo na wszystkich planetach szaleje zaraza. Na wszystkich? Nie, na jednej z nich, zwanej Trawą, nie ma śladu zarazy. Tam zostaje wysłane poselstwo z Terry aby zbadać, czy to przypadek, czy może Trawa zawiera lekarstwo na zarazę.
Na samej Trawie nic nie jest takie, jak się wydaje. Planetę zamieszkuje kilka gatunków zwierząt, wielkie, inteligentne Hippae, nieco mniejsze, złowieszcze Ogary i Lisy, całkiem pozbawione sumienia i dobroci zwierzęta, na które pozostałe polują.
Samo polowanie, w którym biorą udział ludzie zamieszkujący Trawę, stanowi przedziwny i tajemniczy rytuał, do którego nie dopuszcza się obcych, a który jest traktowany jak swoista inicjacja w dorosłość. Oczywiście, same zwierzęta jak i rytuał polowania jest na tyle tajemniczy, że pozwala stworzyć na samym początku niebywałą tajemnicę, która mogłaby trzymać w napięciu do końca książki. Mogłaby by, gdyby nie wspomniane opisy. A także liczne perełki językowe typu „jej suknia nadęła się jak smutny balon”. Czy to, co mnie osobiście drażniło najbardziej: archaizmy. Wydawać by się mogło, że świętym prawem każdego sci fi jest tworzenie nowych słów na nazwanie nowych wynalazków. Ale jeśli bohater powieści używa urządzenia, które z opisu i wyglądu działa jak telefon, to po cóż nazywać go „szeptofon”? Jaki w tym sens? Mam niejasne wrażenie, że autorka chciała nadać futuryzmowi nieco sielskiej atmosfery. Ten zabieg zupełnie do mnie nie trafia.
Z technologią w tej książce jest ogólnie na bakier. Istnieją podróże międzygwiezdne, ale na samej Trawie panuje atmosfera z mniej więcej początków XX wieku. Podróżuje się balonami albo sterowcami czy czymś w tym kształcie. Ruch kołowy jest zabroniony. Ma to wszystko swoje uzasadnienie, że zamieszkujące planetę Hippae są niechętne takim ingerencjom i nie wolno niszczyć trawy, która porasta całą planetę. Ten argument kupuję, ale nadal pozostaje wrażenie, że ludzie są technologicznie niedorozwinięci w tej książce. Bardziej to wszystko podchodzi pod jakieś fantasy, niż pod sci fi. I tak bym tę książkę traktował.
Co do samej akcji, to wlecze się niemiłosiernie. Autorka podsuwa ciekawe wątki, sprawnie nakreśla początkową tajemnicę planety o nazwie Trawa, po czym zasypuje to gdzieś pod warstwą szczegółów, które niczego nie wnoszą ani nic nie dają. Mam wrażenie, że sama tajemnica zarazy i Trawy mogłaby być rozwiązana znacznie wcześniej, gdyby autorka nie kazała bohaterce prowadzić skomplikowanych gier salonowych i dumać nad tym, jak kazać się do siebie zwracać. Być może byłoby to uzasadnione, gdyby miało sens. Ale nie, z perspektywy zakończenia książki nie ma. Jedynie irytuje.
Oczywiście, autorka pokusiła się też o opisanie stanu Ziemi w przyszłości, pod wodzą Świętości. Oczywiście, jest przeludnienie, jest regulacja urodzin. Mamy też tajemniczą Pleśń, której zadaniem jest zniszczenie ludzkości poprzez rozsiewanie zarazy. Ich wątki są często urywane, poprowadzone po łebkach. Podobnie jak sam motyw ruin starożytnego miasta, które ludzie odkryli na Trawie. Motyw pojawia się, poświęca mu się chwilę uwagi, po  czym znika. Trawa jest częścią cyklu; nie wiem, czy pozostałe części zostaną wydane. Jeśli nie, to znacznie utrudni spojrzenie na całość tego całkiem frapującego, jakby nie patrzeć, uniwersum.  
To może na koniec jakieś plusy? Tak, jest ich dużo, a największym jest naprawdę sprawny warsztat i ciekawe uniwersum. Fajny jest pomysł ze zwierzętami zamieszkującymi tajemniczą planetę. Ciekawy jest opis rytuałów mieszkańców Trawy. Ale, jak dla mnie, potrzeba czegoś więcej, aby stworzyć przekonywującą i wciągającą sagę. Trawa nie przekonuje. Choć, z czystej ciekawości przeczytałbym resztę, jak dobrą telenowelę. Jest to rzecz którą warto poznać, choć może nie w pierwszej kolejności. Seria Artefakty oferuje prozę na mistrzowskim poziomie, może dlatego Trawa w ogólnym rozrachunku i w porównaniu do reszty serii prezentuje się co najwyżej średnio.



piątek, 2 października 2015

Czerwony Mars; Kim Stanley Robinson

Kończyłem czytać tę książkę, gdy gruchnęła wiadomość, że na Marsie odkryto wodę w stanie ciekłym.  Niespotykany zbieg okoliczności. Aż zadrżałem z radości!
Mars od dawna rozpala wyobraźnię, nie tylko pisarzy. Mityczny bóg wojny, krwistoczerwona planeta, która kluczy specyficznym ruchem wśród innych gwiazd i planet. Od kiedy zaobserwowano na jego powierzchni charakterystyczne kanały, sądzono, że kiedyś albo i nadal istnieje tam zaawansowana cywilizacja, która w ten sposób doprowadza wodę z czap lodowych do pustynnych obszarów planety. A potem Wells i jego Wojna światów i Borroughs, który „wymyślił” zielone ludziki. I poszło. Literatura ochoczo zasiedlała Marsa albo odkrywała na nim pozostałości wspaniałych cywilizacji, które miały dać początek życiu na Ziemi. O twarzach i innych kształtach nagminnie wypatrywanych wśród rdzawych skał nie będę nawet wspominał.
Pośród wszystkich marsjańskich powieści ta jedna zasługuje na specjalne wyróżnienie. Powodów jest mnóstwo, ale najważniejszy jest taki, że to kawał naprawdę wspaniałej prozy, napisanej ze znawstwem, wyczuciem i smakiem. Cudowna saga o setce ludzi wysłanych na Marsa celem założenia tam pierwszego ludzkiego osiedla, bazy naukowej a także, co oczywiste, stworzenia nowego społeczeństwa oderwanego od skostniałej, zjedzonej przez korporacje Ziemi.
To, co najbardziej zdumiewa, to fakt, że można tę książkę brać całkiem współczesną powieść, bowiem od strony naukowej nie straciła na aktualności, mimo, iż została napisana ponad ćwierć wieku temu. Opisy naukowe są precyzyjne, dokładne i momentami bez encyklopedii ani rusz. Podstawa naukowa jest tak wspaniale opisana, że czasem miałem wrażenie, jakbym czytał autentyczną kronikę przedstawiającą podbój Marsa. Byłem przekonany, że połowę słów autor sobie wymyślił. Ale nie, szybki rzut do słownika i okazuje się, że „mohole” to termin geologiczny, nie wymysł autora. I takich smaczków jest cała masa. Nie robi też tego łopatologiczne, w sensie nie wyjaśnia wszystkiego poprzez dialogi bohaterów, wychodząc ze słusznego założenia, że skoro już kogoś wysłano na Marsa, to nie trzeba mu tłumaczyć wszystkich zawiłości tektoniki płyt (której Mars podobno nie ma) ani skąd się wzięły kanały (których ma aż nadto). W tym miejscu autor liczy, że czytelnik wykaże się instynktem i ciekawością i sięgnie po odpowiednią literaturę, aby zbadać dany termin. Dziś, gdy internet jest pod każdą strzechą to, doprawdy, niewielki wysiłek. A autorowi chwała za to, że nie robi z czytelnika durnia i nie każe mu wierzyć, że naukowcy muszą sobie tłumaczyć podstawy nauki, z której robili doktorat.
Ale nauka to nie wszystko i gdyby tylko na tym opierała się ta powieść, to pewnie nie byłaby tak wspaniała. To, co czyni tę powieść naprawdę wielką, to kilkanaście pełnokrwistych postaci, które zakładają tę kolonię. Są to naukowcy, rzecz jasna, więc mają okazję stworzyć społeczeństwo czysto technokratyczne, pozbawione polityki i religii, ale przecież nie może być tak kolorowo. Następują romanse, podziały. Tworzą się nowe mity, przekonania, nawet religie. Tworzą się frakcje i, w rezultacie, co nieuniknione, tworzy się polityka. Apogeum następuje, gdy na Marsa zaczynają przybywać kolejni osadnicy a ziemskie korporację chcą położyć łapę na surowcach. Dochodzi do gorzkiego końca marsjańskiej utopii.
To, czego nie sposób też pominąć, to unoszący się nad powieścią ekologiczny motyw. Mianowicie, czy moralne jest zmienianie świata, który choć martwy, jest jednak jakoś tam przez naturę ukształtowany. Ziemianie mają za zadanie przygotowanie planety pod terraformowanie, więc niemal nieustannie przewija się motyw, czy ludzkość ma prawo ingerować w jakikolwiek świat do tego stopnia, by tworzyć tam zupełnie inny ekosystem. Mam wrażenie, że dziś mało kto miałby jakiekolwiek obiekcje na ten temat. Martwy świat Marsa aż się prosi o uczynienie go bardziej przyjaznym dla nas, ludzi. Tym bardziej teraz, gdy równowaga ekologiczna Ziemi jest dość poważnie zachwiana. W tym wypadku marsjańskie przesłanie odnosi się do Ziemi, którą zmieniamy ponad miarę.
Jedyne, co w powieści się zestarzało, to polityka międzynarodowa. Sądzę, że w dzisiejszych czasach nikt by na Marsa nie wysyłał Arabów jako cennych osadników, a wizja meczetu na Fobosie jest co najmniej dziwna. Ćwierć wieku temu widać dziwnym to nie było.
Czerwony Mars to pierwsza część trylogii. Absolutnie wspaniałej trylogii, kto wie, czy nie najlepszej, jaka do tej pory powstała na temat możliwości osiedlenia się na innej planecie. Nawet dziś, po tylu latach i po wielu odkryciach naukowych, nadal żywa i szalenie aktualna. Także pod czysto ludzkim względem, bo człowiek chyba jednak nie zmienia się tak prędko, jak nauka. A szkoda. Może zamiast zastanawiać się nad naturą aniołów i lać się o świecidełka, moglibyśmy już dawno latać na Tytana. Kto wie?



środa, 23 września 2015

Pieśń krwi; Greg Bear

Jakoś tak się utarło, że myślimy o sobie jak o skończonych, doskonałych formach życia, które nie podlegają już żadnym zmianom. Proces ewolucji zakończony, jesteśmy chodzącą doskonałością.
Oraz jednością. No bo kto zastanawia się nad sekretnym życiem swoich własnych komórek? Jesteśmy przecież jednym organizmem. Pojedyncza komórka to bezbarwny budulec, cegiełka, a tylko szaleniec przypisuje cegłom jakąkolwiek autonomię. A tymczasem każda komórka to oddzielny organizm. Nosi w sobie pełen zapis genetyczny nas, ludzi. No właśnie, nas? Czy może swój własny, a my jesteśmy tylko wielką maszyną mającą na celu chronić ten zapis, chronić pojedynczą komórkę?
No i lubimy myśleć, że inteligencja równa się wielkość. Zastanawiamy się jakie tajemnice kryje dziewięć kilogramów mózgu kaszalota, a nieco mniej zastanawiamy się nad potencjałem małej, sprytnej ośmiornicy. Albo mrówczej kolonii. Tymczasem sama natura skrywa przed nami zapewne jeszcze większe i bardziej zaskakujące tajemnice.
Greg Bear napisał książkę o tym, co by było, gdyby pojedyncze komórki zyskały świadomość w wyniku eksperymentów biologów i zechciały zyskać trochę wolności. Oraz mieć własny… hmmm… świat.
Zaczyna się tak, że pewien genialny, ale nieco antypatyczny biolog prowadzi nie do końca legalne badania nad komórkami. Przez to zostaje zwolniony z pracy, a nie chcąc tracić wyników swoich badań, wykrada stworzone przez siebie komórki. Robi to w najprostszy sposób: wstrzykuje je sobie. Początkowo komórki zaczynają zmieniać jego ciało: staje się zdrowszy, silniejszy i sprawniejszy seksualnie. Trochę przypomina Muchę? Trochę tak, ale zakończenie jest inne. O ile Mucha skupia się na jednostce, tu mamy cały wszechświat. Tym wszechświatem jest ów biolog, w którego ciele zaczyna kwitnąć inne, nieznane inteligentne życie, które szybko nabiera świadomości istnienia innych wszechświatów, czyli ludzi. I owo nieznane życie chce ludziom pomóc.  
Co ciekawe, książka zdaje się nie traktować o zagrożeniach wobec eksperymentów genetycznych i biologicznych, pomimo, iż dla większości postaci w książce nie kończy się zbyt dobrze, to jednak ogólna wymowa jest raczej taka, że każde inteligentne życie, jakie napotkamy na swej drodze zasługuje na szansę. Tym bardziej, że owe „inteligentne komórki” nie są wcale złe. Owszem, mają swoje cele, które są diametralnie inne od celów ludzi, ale autor nawet przez chwilę nie daje odczuć, że dzieje się jakaś wielka krzywda. Raczej wielka zmiana.
To, co opowiadane tak skrótowo wydaje się nieco bezsensowne, zostało przedstawione w sposób mistrzowski. Ta książka, będąca rozwinięciem opowiadania, ma w sobie wszystko, co powinna mieć doskonała powieść sci fi: porządne, naukowe uzasadnienie, czysty, niemal sterylny język oraz solidnie nakreślone postaci. Do tego napisana w sposób tak wciągający, że dosłownie nie sposób się od książki oderwać.
Jedyną rzeczą, do jakiej mogę się czepić, to liniowość. Nie ma co liczyć na niepokojące zwroty akcji, choć sama tematyka jest fascynująca na swój sposób, więc chyba nie jest to zbyt wielka wada.
Dziś więc krótko: jedna z tych książek, którą wypada znać.




poniedziałek, 7 września 2015

Genesis; Bernard Beckett

Antyutopia. Nie przepadam za tym tematem. Wolę klasyczną apokalipsę, jeśli mam być szczery. Ale ta książka zwabiła mnie do siebie rzekomo innowacyjnym podejściem do sztucznej inteligencji, a to już temat, który uwielbiam.
Przede wszystkim należy powiedzieć, że forma książki to wzbogacony o wtręty przeżyć osobistych stenogram rozmów, jakie prowadzi bohaterka powieści i tajemnicza komisja egzaminacyjna tajemniczej Akademii, przed jaką staje. Rzecz dzieje się w przyszłości, na wyspie, która kiedyś była Nową Zelandią. Świat jest po tajemniczej wojnie, w której duża część ludzkości wyginęła. Na Nowej Zelandii utworzona została Akademia na wzór platoński. Ideał. Ludzie w niej podlegają tak ścisłym regulacjom, że rychło okazuje się, że ów raj nie jest wcale taki kolorowy. Wyspa otoczona jest wielkim murem. Za murem żyją ludzie, biedni, którzy próbują na prymitywnych łodziach dostać się za mur. Każdy, kto choć zbliży się do muru, jest natychmiast zabijany. Ale jeden huncwot wyłamuje się i ratuje młodą kobietę, która na niewielkiej łodzi dobiła do muru. Ukrywa ją, ale sprawa wychodzi na jaw. Bohater zostaje schwytany i ukarany.
O tym tajemniczym bohaterze zdaje egzamin młodziutka dziewczyna, Anaksymandra, wiele lat później. Chce wstąpić do Akademii. Chce bronić idealnego społeczeństwa opartego na platońskich ideałach.
Słuchając jej egzaminu dowiadujemy się, że ów bohater o wdzięcznym imieniu Adam, jako karę dostał przymus nauki robota, eksperymentalnej sztucznej inteligencji o kuriozalnym wyglądzie pudła na gąsienicach i głowie orangutana. Szybko między nimi (między Adamem i robotem) wytwarza się specyficzna relacja zakończona pewnym spiskiem, którego szczegóły to już sobie doczytacie.
Książka ta niebezpiecznie balansuje na granicy tego, co można nazwać „literaturą młodzieżową”. Nie tylko ze względu na bohaterkę, która ma czternaście lat. I nie tylko ze względu na postać buntownika Adama, który lat ma siedemnaście. I nie tylko ze względu na pewne, ale bardzo delikatne, podobieństwa do Dawcy (co pewnie bardziej jest znane jako film Dawca pamięci, którego nic nie było w stanie uratować). Bardziej przez to, że sama forma utopii jest wyłożona tak łopatologicznie, że aż boli. Natomiast to, co w tej książce jest naprawdę wartościowe, to relacja człowiek – maszyna, SI już na tyle zaawansowane, że może knuć spiski i szantażować naszego bohatera. I jest to inteligencja o lata świetlne odległa od kostycznego HAL – a 9000.
Pozornie książka rozgrywa się tylko na tym jednym polu. Młoda dziewczyna zdaje egzamin i przez jej wypowiedzi poznajemy historię tajemniczej Akademii jak i całej utopii, w której żyje. Poznajemy historię Adama i jego relacji z robotem. Ten sprytny zabieg pozwala na odwrócenie uwagi czytelnika do tego stopnia, że zakończenie jest prawdziwym strzałem między oczy. Choć, nie bez pewnych niedociągnięć: kilka naprawdę niewielkich nieścisłości, które w niczym nie przeszkadzają. Ot, szczegóły!
Ale fajne jest to, że książka w prosty sposób stara się zadać kilka niewygodnych pytań. Czy naukowcy słusznie przestrzegają przed wynalezieniem SI? Czy faktycznie nie dojdzie do tego, że zaawansowana sztuczna inteligencja uzna życie organiczne za nic nie warte, niższe i godne jedynie zniszczenia? Jesteśmy lata świetlne od Matrixa i jego wizji organicznych, ludzkich bateryjek. Wracamy do starej, dobrej szkoły, że roboty zwyczajnie ludzkość zamiotą pod dywan. I o ile kiedyś jeszcze rządził etos wojownika broniącego opartych na węglu istot, o tyle teraz coraz częściej pojawia się głos, że być może ewolucja wręcz nakazuje nam zniknąć, gdy pojawia się silniejszy, lepszy i inteligentniejszy byt. Taki, który przede wszystkim jest pozbawiony wad moralności, religii i współczucia. Pozbawiony jest ułomności organicznego ciała, podatnego na bakterie, wirusy i ogólną śmierć. Zwyczajnie lepszy i potężniejszy. Czy my – ludzkość – nie powinniśmy potulnie usunąć się w cień przed silniejszym, jak zrobili to Indianie w Amerykach?
Podobają mi się też próby wyobrażenia sobie, jak by mogło wyglądać takie zwyczajne, codzienne życie takich „sztucznych inteligencji”. Jak skonstruowały by sobie świat, skoro wszystko, dosłownie wszystko, co znają, pochodzi od ich organicznych przodków? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Albo czy zastanawialiście się, jakby wyglądała moralność i religia, gdyby nagle ludziom nie były potrzebne ciała? Uważacie, że tak samo, jak do tej pory? Myślę, że każdy jeden aspekt naszej cywilizacji wymagał by całkowitego przewartościowania. Taki Matrix, wbrew pozorom, nie jest ponurą wizją. Ludzie tam przynajmniej jeszcze istnieją.



środa, 2 września 2015

Piąta fala; Rick Yancey

Inwazja kosmitów na Ziemię. Miodny temat, ale przewałkowany tak intensywnie, że ciężko tu stworzyć coś nowego i świeżego. Ale bardziej, niż przebieg samej inwazji ciekawiła mnie wizja obcych. W tej materii to dopiero jest ciężko. Konkurencja postawiła poprzeczkę wysoko, popkultura ma swoje archetypy i nienaruszalne świętości. Sama idea "pierwszego kontaktu" to jedna z najbardziej fascynujących idei jaka istnieje w literaturze, nie tylko sci fi. Pisarze mają naprawdę wielkie pole do popisu.
A Rick Yancey ma to wszystko gdzieś.
Natknąłem się na tę książkę szukając czegoś świeżego. Przeczytałem kilka pochwalnych recenzji, zaopatrzyłem się w książkę i z wielkimi nadziejami ruszyłem w podróż. Lubię te tematy: ziemia zniszczona przez obcych, ludzie walczą o przetrwanie, zamiary przybyszów są nieznane, przetrzebiona ludzkość się jednoczy i tak dalej, i tak dalej. Tematyka o  niewyczerpalnej ilości kombinacji.
Ale Rick Yancey ma to wszystko w dupie.
Przeczytałem wcześniej tegoż autora całkiem ciekawą i zmyślną książkę Monstrumolog. Sprawna warsztatowo, ciekawa i przyjemna. Pomyślałem sobie, że Piąta fala da przynajmniej to samo.
Tak ogólnie rzecz biorąc jest to rzecz plasująca się gdzieś pomiędzy Hunger games a sagą Zmierzch. Ze wskazaniem na Zmierzch. Ta książka robi kosmitom to, co Zmierzch zrobił wampirom (taką recenzję też spotkałem na zagranicznych stronach). Ale jeśli ktokolwiek z was był na tyle odważny, że przeczytał Intruza tej pani od wampirów, będzie miał wyobrażenie o tym, co tu może się dziać.
To naprawdę nie jest nic więcej, niż romansidło dla nastolatków ubrane w płaszczyk sci fi. I to niezbyt wysokich lotów, pełne logicznych dziur i nieścisłości od których momentami bolą zęby. Sami kosmici… Cóż… Może nie będę zdradzał tej fascynującej i głębokiej prawdy, jaką objawia nam autor, który najwyraźniej o jeden raz z dużo przeczytał Kontakt i o jeden raz za mocno wczuł się w Dzień niepodległości, aż wszystko mu się pomieszało. A najgorsze są te dualizmy. Trochę jestem człowiekiem, i trochę nie jestem. Trochę jestem nieśmiertelny, ale trochę nie jestem. Trochę cię kocham, ale trochę nie, a ogólnie to ty tego nie zrozumiesz. I tak przez całą książkę. Naprawdę, po stu stronach zaczynam kibicować kosmitom niszczącym ludzkość. Może o to autorowi chodziło?
Same postacie do sztampa, że szkoda gadać. Nastolatka z kompleksami. Tajemniczy przystojniak z zadbanymi dłońmi w chacie pośrodku lasu. Szkolny lowelas, który przeszedł szkołę życia. I młodszy braciszek ratowany przez wszystkich naraz. Naprawdę, po trzystu stronach to jedyne, co mogę powiedzieć o postaciach z którymi spędziłem koniec świata!
Ale żeby nie było, że się tylko znęcam i pastwię. Jest w tej książce kilka plusów. Na pewno czyta się błyskawicznie. Na pewno czyta się lekko. Sam pomysł ma potencjał, ma coś intrygującego. To coś zostało co prawda koncertowo skopane i zaklejone ckliwościami, ale coś w tym jest. Gdzieś, zakopane głęboko. Nie wiem jeszcze, co to jest. Jakiś niepokój, może brud. Coś, co daje nadzieję na drugi tom i trzeci, który w drodze. I film, który też w drodze, po którym nie spodziewam się absolutnie niczego pozytywnego.
Musicie pamiętać, zanim sięgnięcie po tę pozycję: to książka dla nastolatków, o nastolatkach i napisana przez dobiegającego sześćdziesiątki nastolatka, który wcześniej pisał raczej mroczne fantasy. Naprawdę, nie znajdziecie tam nic więcej. Przyjemna, momentami intrygująca, ale w ogólnym rozrachunku mocno rozczarowująca.  
A najbardziej wzruszającym momentem powieści jest historia z posłowia, gdzie autor pisze, że podczas pisania książki zdechł mu pies.